środa, 18 listopada 2015

sezon infekcji uważam za rozpoczęty


ciężar inauguracji na swe barki przyjął Junior. na razie lajtowo: tu jakiś glut w nosie, tam lekkie drapanie w gardle. akurat dość, żeby odwołać basen i treningi, ale za mało, żeby wdrożyć coś ponad syropki, domowy sok z malin i tran w kapsułkach.

odwołany trening oznacza bardzo długie popołudnie w środku tygodnia do spędzenia w domu. zarządziłam zatem integracyjne lepienie pierogów. Junior przesiewał mąkę, ja przygotowałam farsz mięsno-warzywny i wałkowałam ciasto, A. kleił i zmywał. dobre wyszły. nawet Junior dał się namówić na spróbowanie i wzbogaciwszy danie o keczup wciągnął cztery sztuki. (gdyby były na słodko, pochłonąłby tuzin, ale cieszymy się z tej jaskółki i nie wymagamy od razu zbyt wiele).

lubię takie zwykłe dni. z nich się składa dobre życie.


poniedziałek, 16 listopada 2015

war Z


jestem intelektualnie bezradna wobec bieżących wydarzeń międzynarodowych. nie ogarniam.

przysuwam krzesła bliżej do stołu, jakby to, że zbijemy się w ciasną kupkę nad sobotnim śniadaniem z jajkami na miękko miało nas uchronić przed złem tego świata.

emocjonalnie to lepiej nie mówić.

dopiero po paru godzinach dociera do mnie trafność paraleli postawionej przez A.: że jak w filmie z Bradem Pittem przed atakiem zombie chroniły śmiertelne choroby, tak nas - w sensie ludność kraju-raju - przed terrorystami spod znaku półksiężyca może uchronić bieda: odwieczny kryzys i niskie socjale oraz ogólnie mentalność kotka śmietnikowego, który jak już coś wyszarpie, to niechętnie się podzieli, bo tak do końca wciąż nie wierzy, że w porze następnego posiłku w misce znowu coś będzie...

na mój rozum wniosek jest tylko jeden: jeszcze do niedawna powtarzałam, że w porównaniu z pokoleniami rodziców, dziadków i większości przodków, żyjemy w naprawdę dobrych czasach. już nie jestem tego taka pewna.


czwartek, 12 listopada 2015

o sposobach na jesienną chandrę


jak powszechnie wiadomo, bóg opuścił mnie już dawno, ale czasami - figlarz - zsyła na mnie swoje dopusty... na przykład kiedy mi źle i przeżywam rozterki (unieszczęśliwić męża i znowu nie emigrować? czy raczej unieszczęśliwić syna, skazując go na dorastanie w kraju, w którym będzie marginalizowany przez system edukacyjny i oficjalnie szufladkowany jako dziecko ekspatów?). co - pomijając wszystko inne - stanowi dobitny dowód na słuszność forsowanej w niektórych kręgach tezy, iż wobec braku obiektnych powodów do rozterek zawsze coś tam sobie sama zorganizuję.

ale wracając do ad remu, czyli dopustów... na przykład wczoraj z tej całej frustracji na tle ekonomiczno-geograficzno-politycznym przyszło mi do głowy, że jakie mamy brudne fugi! (aaa, bo zaczęło się od tego, że mi wyszły tabletki do zmywarki i szukałam, czy nie mam gdzieś jakichś żelaznych zapasów, ale zamiast nich znalazłam dwie butelki płynu do czyszczenia fug, a przecież to marnotrawstwo w żywe oczy, tak kupić dwie butelki, schować w kotłowni i czekać, aż im termin ważności minie). i w sumie taki bez sensu wolny dzień w środku tygodnia, to może ja wezmę te fugi wyczyszczę. szczoteczką do zębów. na pięćdziesięciu paru metrach podłóg (potem mi się miłosiernie druga butelka skończyła). i oto dziś mam tylko jeden problem i w dodatku całkiem obiektywny: jak mnie cholernie bolą stawy!

można sobie poprawić? można.

wtorek, 10 listopada 2015

kryzys wieku średniego


bardzo jesteśmy sfrustrowani. gdyby nie głupi wyskok Szwajcarów, to już byśmy pewnie kończyli budować chlewik, a tak to stoimy w miejscu i różne pomysły nam przychodzą do głowy... właściwie to jeden pomysł, który wraca cyklicznie na łono naszej podstawowej komórki społecznej od jej zarania. i właściwie to nie nam do głowy, bo ja jestem stacjonarna, ksenofobiczna i ogólnie mam problemy z aklimatyzacją, więc w życiu bym czegoś takiego nie wymyśliła.

przechodząc do sedna, A. odświeżył koncepcję wyjazdu z kraju-raju, tym razem radykalnie zmieniając proponowaną destynację (no bo do nowej zelandii mi było za daleko, do kanady potrzeba wiz... jednym słowem, wszędzie coś nie-halo. gdybym dostawała stówkę od każdego kraju, którego politykę wizową studiowałam, to mogłabym zabrać męża i syna na wystawny obiad do jednej z restauracji modesta amaro). przechodząc jeszcze bardziej do sedna, jest to jedna z geograficznych miłości A. (który jest niestety bardzo niewymagający termicznie*). członek strefy euro z przyzwoitym pekabe i raczej niewielką populacją, co na mój rozum tłumaczą uwarunkowania klimatyczne i językowe.

póki co oczywiście nigdzie nie wyjeżdżamy, bo przecież mamy domek na karku, ale rozpoczęliśmy eksperyment socjo-lingwistyczny. wychodząc z założenia, że warunkiem jako takiej równowagi psychicznej w obcym miejscu jest poczucie bezpieczeństwa, pośrednio wynikające z kompetencji komunikacyjnych, postanowiliśmy sprawdzić, czy jesteśmy w stanie opanować narzecze tambylców. czyli zaczęliśmy się uczyć języka**. nadmienię tylko, że jest to język aglutynacyjny, dysponujący piętnastoma przypadkami (nawet sobie tego nie umiem wyobrazić), ale za to pozbawiony czasu przyszłego. jednak z myślą o zapobieganiu fali samobójstw wśród próbujących go przyswoić cudzoziemców tambylcy mówią mniej więcej tak, jak się pisze.


* z pobieżnej analizy klimatu wyszło mi, że będą tam nosić pod spodniami kalesony z polaru przez 10 miesięcy w roku oraz naprawdę nie będziemy potrzebować domu z ogródkiem, bo po co komu  możliwość wyjścia do ogródka przy takich pogodach, jakie oni nazywają "letnimi".

** A. ma przewagę, bo sporo pamięta ze szczenięcych wojaży. ja przez dwa pierwsze dni uczyłam się "dzień dobry". a dziś odkryłam, że mają jeszcze kilkanaście innych wariantów powitania, w związku z czym otarłam się o depresję. ale pocieszam się, że teraz pójdzie mi lepiej, bo nam się internet naprawił, więc mogę się "wstępnie osłuchać" (nie wiem, jak mi to ma ułatwić opanowanie deklinacji z piętnastoma przypadkami, ale na razie to bym się chciała nauczyć liczyć do dziesięciu, żeby nie zaniżać domowej średniej.

piątek, 6 listopada 2015

łoł, ale aż tak? no to miło mi.


pojechałam do szkół w sprawach komitetoworodzicielskich i wpadłam w sekretariacie na panią wicedyrektor. w jednej osobie byłego szkolnego pedagoga i ulubioną panią Juniora*. zagadnęła, czy ja może w sprawie synka, po czym entuzjastycznie poinformowała, że w sumie jest zadowolona, że nowy rząd zapowiada wygaszanie gimnazjum, bo właśnie wyliczyła, że jeśli dotrzymają terminów, to Junior się załapie i ona się bardzo cieszy, że będzie mieć takiego fajnego ucznia w szkole dwa lata dłużej. ja się właściwie nie cieszyłam z zapowiedzi kolejnej rewolucji edukacyjnej, ale może powinnam spojrzeć bardziej partykularnie i docenić, że moje dziecko pozostanie dwa lata dłużej w otoczeniu, gdzie jest lubiany i doceniany, rozwija się  i czuje świetnie?

* ta sama, którą Junior w pierwszej klasie rozbawiał do łez opowieściami o swojej rodzinie: "moja mama jest specjalistką o specjalności i pracuje przy komputerze, a mój tata jest prezesem banku** i buduje domki dla pszczół".

** prawdziwy zawód bohatera do wiadomości redakcji, ale akurat równie mocno się kojarzy z pszczelarstwem co ten zmieniony przez redakcję, więc efekt komiczny mniej więcej można sobie odtworzyć.


czwartek, 5 listopada 2015

kto smutnemu zabroni?


trochę nam się słabo wiedzie na różnych życiowych płaszczyznach. nie tam, żeby zaraz jakieś dramaty i ciosy poniżej pasa prosto w oczy, raczej dużo małych, ale upierdliwych pacnięć łapą z ledwie co wystającymi pazurkami. co jest w sumie niefajne, bo w odpowiednio wyeskalowanej sytuacji można zdecydować: stanąć do walki czy uciekać. wobec upierdliwych pacnięć uciekanie nie wchodzi w grę (no bez jaj, przed takimi pacnięciami?) więc człowiek walczy, walczy i walczy... aż się odechciewa.

A. mówi, że na pewno to wszystko ma sens. z nas dwojga on jest zdecydowanie bardziej wierzący w sensy. i w to, że do tej pory rzeczywistość zawsze nas premiowała za ciężką pracę, wytrwałość i nierzucanie ręcznika na ring. więc teraz też wszystko będzie dobrze. nie mam sumienia kontrować, że to się nazywa fenomen sprawiedliwego świata, przez ludzi gotowych do bardziej brutalnej szczerości nazywany także iluzją.

Junior twierdzi, że my - czyli  dorośli - to mamy dobrze, bo możemy sobie sami decydować, co, kiedy i jak chcemy robić. nie mam sumienia pozbawiać go złudzeń, że dorosły to może sobie najwyżej czasami zdecydować, czy musieć to teraz i tu, czy raczej musieć tamto tam i wtedy (w największym uproszczeniu są to wybory typu wstaję z bladym świtem do roboty i chodzę najedzona albo się wysypiam do południa i handluję głodem).

smędzę, ale kto smutnemu zabroni.



wtorek, 3 listopada 2015

grobbing


przed cmentarzem stał biały dostawczak, a przy nim przedsiębiorczy biznesmen i stojak z balonami wypełnionymi helem. do wyboru: księżniczki barbi, minionki, żółte kaczuszki, spajdermeny itp. widać zostało z jakiegoś festynu. uważam, że to skandaliczne niedopatrzenie. przecież nisza rynkowa ma wielkość wszystkich kraterów na księżycu razem wziętych! spodziewam się, że w przyszłym roku dostawczak wciśnie się - jak człowiek - między znicze i chryzantemy oraz postawi na bardziej okazjonalny asortyment: pełne helu bukiety chryzantem, dmuchane Ś.P. oraz - bo w końcu żyjemy w czasach nieustępliwego postępu, kurcze blade, prawda? - marcepanowe szkieleciki w lukrecjowych trumienkach.

aż się ciśnie na usta komentarz: rzyg. ale muszę się powstrzymać, bo jakoś tak monotonnie ostatnio wszystko komentuję, c'nie?