Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 grudnia 2014

zanim zapomnę


jesienią 2014 Junior zaczął sobie samodzielnie robić jajecznicę, a mnie się udało zrobić taką asanę. co prawda jeszcze nie tak ładnie, jak pani na zdjęciu, i nie na tak długo, żeby ktoś mi zdążył zrobić zdjęcie ;) ale rok temu mogłam co najwyżej patrzeć, jak inne dziewczyny próbowały. ha!





czwartek, 11 grudnia 2014

gwiazdka jest kobietą


Junior spytał, czy do gwiazdki też może napisać list. stwierdziłam, że nie może, bo raz i tak wiadomo, że znowu będzie chciał ze cztery zestawy lego (po jednym z ninjago, starwars, constructor i city), a dwa gwiazdka jako kobieta jest praktyczna i sama wie, co ma mu dać (planuje na przykład nowe pióro, duży zestaw flamastrów, bidon ze spajdermenem, bieliznę termodynamiczną do jazdy na nartach itepe). prawdopodobnie nie będzie takiego szału jak przy kolejnym zestawie lego, ale podkręcimy trochę atmosferę lizakami i czekoladą...

poza tym rozważamy wejście w modeling.  dostaliśmy bowiem poważną propozycję. niestety nie dotyczy sobowtórki kylie minogue, ani w ogóle żadnej żywej istoty wchodzącej w skład naszego stad(ł)a*, a naszego kochanego domku, który miałby wystąpić w sesji wnętrzarskiej. średnio się do tego rwę, bo to znaczy, że trzeba będzie posprzątać przed i po, ale jak sesjodawca zaproponuje godne warunki finansowe, to może się skuszę?


* a szkoda, bo likaon został poddany sterylizacji i straszy pięknym zielonym wdziankiem, które mu ogranicza ruchy akurat na tyle, że porusza się z gracją robopieska z reklamy i robi miny. jeszcze się nie nauczyła wdzianka ściągać, ale to tylko kwestia czasu...





wtorek, 9 grudnia 2014

można zacząć podsumowanie roku...


... z racji, że to już grudzień. ponieważ jednak wciąż pochłania mnie koncentrat, to moje podsumowanie nie doszło nawet do fazy testów beta. mówiąc po ludzku: zagoniona jestem.

więc tylko rzucę cytatem z Juniora:

mikołajki to jest dla rodziców najszczęśliwsze święto w roku, bo dzieci dostają swoje wymarzone prezenty, a ich to nic nie kosztuje.


przypomnimy mu to za jakieś 20-30 lat. rechocząc. złośliwie.





piątek, 5 grudnia 2014

smutno mi, boże


jak czytam o bataliach nad konwencją o zwalczaniu przemocy wobec kobiet.

mamy w domu niezły gender i samorzutne redefiniowanie ról społecznych. ja na przykład nikogo nie dopuszczam do kierownicy i buduję dom(y), natomiast A. wypieka chleb i prowadzi ochronkę dla dzikich pszczół murarek.

Junior  odbiera wprowadzenie do równouprawnienia, uczestnicząc w rozmowach o planowaniu budżetu i podziale obowiązków (to dzisiaj ja odkurzam, a ty myjesz podłogi, ja grabię liście, a ty zamiatasz taras, ty idziesz z piwem do kompa, a ja z winem do wanny;). w jego otoczeniu oczywiście panuje wyraźne rozróżnienie między tym, co fajne, bo chłopackie (jak lego star wars), i tym co niefajne, bo dziewczyńskie (jak monster high i syrenki), ale bez specjalnej ortodoksji - "najlepsze nerfy są zawsze te dla dziewczyn" i "tylko głupki nie lubią słodkich kotków".

na treningach panuje pełny parytet i wprowadzenie do feminizmu. (jak mnie to rozczula, kiedy Junior wychodzi z koedukacyjnej szatni, a nastoletnia wicemistrzyni europy rzuca mu uśmiech i partnerskie cześć.)

więc mam synka, który nie widzi potrzeby dzielenia świata na część lepszą, do której przepustką jest penis, i poślednią dla bezpenisowych, opóźnionych w rozwoju, bezdomnych i ogólnie mugoli. a musi żyć w świecie rządzonym przez oportunistyczno-populistyczne gnidy trzęsące gaciami przed bandą kolesi w sukienkach, którzy  w imię "wyższego dobra" chętnie wspierają dyskryminację na dowolnym tle, niewolnictwo, słuszne wojny, pedofilię, czy co tam akurat wynika z potrzeby chwili.

jeśli wszyscy jesteśmy dzieci boże, to nasi rodzice w niebiesiech regularnie mają ochotę się pochlastać.





piątek, 21 listopada 2014

scenki rodzajowe


nic tak kobiecie nie poprawia samopoczucia, ale naprawdę nic, jak pełen szczerego niedowierzania krzyk innej kobiety: ale z czego ty się chcesz* odchudzać?! (nawet jeśli na usta ciśnie się odpowiedź: z tego, co ty nie masz, a ja mam?)

zyskawszy poprawione samopoczucie wskoczyłam na orbitreka. ponieważ jednak bieganie jest nudne do wyrzygania (excusez le mot, ale tego się nie da inaczej określić), to wrzuciłam muzykę do odtwarzacza, żeby mieć czym umysł zająć. o jakie to było nudne do wyrzygania! wytrzymałam tylko 12 minut czyli dwa kilometry.


* zaraz tam chcę. po prostu nie mogę. a że nie mogę, to czuję, iż muszę. taki mi się wyłania mechanizm po głębszej refleksji.



(...)
Junior odrabia lekcje, równocześnie prowadząc ze mną niezobowiązującą rozmowę na odległość jednej kondygnacji. wtem pada pytanie:
- mamo, a gdzie dziewczynki mają opaski?
ożeszty, skąd mu się to wzięło? przecież chyba nie z bloku reklamowego w czasie wieczorynki? i jak tu temat przedstawić ośmiolatkowi, żeby nie skłamać i nie wywołać niewczesnej traumy? udam głupią i pójdę tropem dosłowności.
- nie wiem, zależy jakie.
- no ale gdzie je mają?
- różnie, zależy czy to są opaski na włosy  czy na rękę...
na rękę? to wymyśliłam... a niech mu ojciec tłumaczy! przynajmniej ma pretekst, żeby nie wchodzić w zbędne szczegóły....
- jak tam, matematykę zrobiłeś?
- właśnie kończę, sprawdzisz mi?

sprawdzę. na obrazku pełne dziatwy boisko szkolne. ilu chłopców ma żółte czapki z daszkiem? ile dziewczynek ma różowe opaski?

NO SZLAG BY ICH TRAFIŁ ;)



wtorek, 18 listopada 2014

królowa-matka


w pobliżu przystanku, z którego Junior co rano oddala się pobierać, co tam akurat spłynie z kaganka oświaty, wchodzę płynnie w tryb kwoki: "Marcyś, chłopie, wróć na chodnik", "Natalka, bucik ci się rozwiązał", "Tomek, zostawiłeś tornister na przystanku" i tak dalej w tym stylu, zależnie od sytuacji bieżącej. Junior czasami wywraca oczami, ale co ja poradzę, że wszystkie dzieci moje są*...
 
od wczoraj w klasie Juniora jest Nowy. w dodatku Nowy przeprowadził się do naszych von Hrabiowitz i dziś rano pojawił się z mamą na przystanku. oczekiwanie na autobus umilaliśmy sobie jak zwykle narzekaniem na jesienną aurę, a po obowiązkowym pomachaniu do zawartości gimbusa, które jest metaforycznym odpowiednikiem komendy "rozejść się",  rodzice zaczęli się rozchodzić. mama Nowego rozchodziła się w tę samą stronę co ja, więc podjęłam towarzyski small talk. trochę byłam zdekoncentrowana, bo zahaczyłam wzrokiem o swoje śliczne czarne botki, w których wieczór wcześniej wypychałam sąsiada z pola (bo też optymista nie miał gdzie zawracać, szczególnie że po deszczu było. i tak miał szczęście, że akurat przejeżdżała sąsiadka z pełnym oprzyrządowaniem w postaci saperki i starych ręczników, po których się najlepiej wyjeżdża z zasp i osuwisk błotnych, czyli moi). no i tak właśnie sobie rozmyślałam, że moje ładne botki całe w błocie, gdy dotarło do mnie od strony mamy Nowego: "a pani to w której klasie ma te swoje dzieciaczki?"

wrrrrrrróć! przetworzyłam komunikat ponownie i jęłam prostować: że nie, że ja to tylko jedno mam swoje, że też do drugiej chodzi, a w ogóle to zapraszam  po południu na kawę... chyba nie uwierzyła, że ja przy tylu dzieciach mogę popołudniami przysiąść przy kawie ;)


* poza tym kwokowanie rówieśnikom Juniora jest elementem mojej chytrej proaktywnej strategii przeciwdziałania ewentualnym prześladowaniom na tle religijnym, czy też raczej na tle ateistycznym. jak dotąd działa bez zarzutu. mniemam że trudniej byłoby dokuczać chłopcu, którego mama ci pożycza chusteczki do nosa, wie gdzie mieszkasz oraz w jakiej technice wykonałeś ostatnią pracę na plastykę i pomogła ci wycierać zeszyty, gdy się rozsypały do kałuży.

poniedziałek, 17 listopada 2014

królowa pszczół to ma dopiero przetrąbione


w odróżnieniu królowa życia in spe miewa męczące weekendy. jednakże nie narzeka, bo zawsze lepiej popychać wszechświat w upatrzonym przez siebie kierunku niż całe życie jeść i znosić jaja i jeść i znosić jaja i jeść i znosić...

popychaliśmy ten wszechświat przez cały weekend, aż iskry szły. ledwie się załapałam do lokalu wyborczego.

smutna strona bieżących wydarzeń jest taka, że jestem nimi pochłonięta i mi się synapsy składają w takie sito, na którym nie zatrzymuje się zbyt wiele wartych uwiecznienia myśli niezwiązanych z wizją-strategią-taktyką, a ile się można o jednym rozpisywać. no to nie będę czcionek strzępić po próżnicy.


(...) tylko uwiecznię dla potomności, że mamy na stanie zdiagnozowaną alergię na roztocza, psia mać (dla ścisłości: u Juniora). dobrze, że nie na koty, chociaż jednak koty byłoby łatwiej z domu wyrzucić niż roztocza, prawda. w każdym razie bardzośmy się tym przejęli (plus komuś się popsuły słuchawki) w związku z czym nawet odbyliśmy w niedzielę przy śniadaniu awanturę. westch. mam świadomość, że według ogólnoświatowych standardów to się w sumie nie kwalifikuje jako awantura: zero krzyków, trzaskania przedmiotami i wenezuelskich gestów, odrobina pretensji poniewczasie i trochę czczych gróźb (głównie: nigdy więcej żadnych zwierząt w tym domu, ale byłam twarda i nie dałam się sprowokować do otwartego śmiechu). w każdym razie jak rzadko udało nam się osiągnąć na tyle silny efekt, że Junior się sam zorientował, że rodzice się "kłócą" ;)




piątek, 7 listopada 2014

gdzie się podziały wesołe piosenki?


po weekendzie zupełnie bez uzasadnienia tryskam energią. trzyma mnie gdzieś do czwartkowego popołudnia. a już w piątek jestem marność nad marnościami.

miła pani na infolinii za nic nie odpowiada i może się najwyżej skonsultować z działem, ale nie mam głowy do składania reklamacji.

czekam na maila od kuzyna (nieswojego) z Australii, ale tam inna strefa czasowa, to może powinnam pocztę w nocy odbierać?

redaktor ateista przyjął sugestię zaktualizowania zaleceń szelmowskim ";)" i pożyjemy zobaczymy.

włączyłam internety w celu podniesienia się na duchu. iluż zdolnych ludzi jest na świecie. na przykład taka Gaba albo chłopaki z Beirutu.

że nie wspomnę o tym gościu, co wymyślił kawę rozpuszczalną, mieszam ją sobie z inką i udaję, że to wcale nie jest czwarty kubek w ciągu godziny, zieeeew.


(...)
skeczowa córka do skeczowej matki: wychodzę za mąż.
skeczowa matka: klucze zabierz.

kilka minut później Junior wymyśla własny dowcip:
- Biorę prysznic.
- A gdzie go zaniesiesz?

kocham go bałwochwalczo :)