Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 lutego 2015

Regina kontra Adrian

skończyłam piąty tom dzienników Adriana M. pani S. Townsend jest lepsza niż S. King, który mi się teraz wydaje drętwy i niewciągający.

muszę przyznać, że Regina nie ma do Adriana startu. gdzie mi tam do jego konsekwencji w prowadzeniu kroniki własnego życia, wszech-ocennych komentarzy, niewyczerpanej wiary we własny talent literacki i równie wielkiej hipochondrii... gdyby Adrian miał taki katar jak ja, to już by wzywał lekarza na wizytę domową z podejrzeniem przetoki, którą mu mózg wycieka przez nos, zamiast leżeć cichutko pod kołderką i grzecznie dziękować internetom za ezakupy, bo nikt w tej rodzinie nie jest w stanie udać się po prowiant. (w pakiecie mam Juniora z nową infekcją o nieustalonej tożsamości).

popsuła mi się jakaś wtyczka w laptopie, którym serfuję z łóżka, więc zamiast śmiesznych filmów wertuję blogi. bardzo mądrą mądrość na nich znalazłam: podpisuję się wszystkim zawirusowanymi kończynami.

p.s. naprawiła mi się wtyczka i poszłam szukać, czy gdzie nie znajdę the new power generation, bo na moich starych kasetach już prawie nic nie słychać (mamo, to musiało być nagrane bardzo dziadowską komórką, podsumowało Dziecko urodzone w czasach po rewolucji cyfrowej). niestety, księciuniowe łapska są długie. myślę sobie, że on tak skrzętnie pilnuje, żeby żadne klipy po sieci samopas nie latały, bo czuje, jakie są obciachowe z perspektywy czasu. ale jednak czasami można znaleźć jakąś perełkę. (chociaż lękam się ją zalinkować).

chłopina ma wielki talent do gitary, mimo że wygląda jakby się urwał z planu kostiumowego filmu erotycznego klasy D. szczególnie obok Toma P. o imidżu właściciela kiosku w  artystycznej dzielnicy.





czwartek, 5 lutego 2015

dobra, mam


(nawiązując do Franka Z)  to ta melodia mnie urzeka. wyznaję bowiem zasadę księciunia, że jak coś jest dobre, to wystarczy w kółko powtarzać, i nie ma co kombinować ;)


(mam ohydny katar, stąd brak weny)












wtorek, 3 lutego 2015

żem jest prosta dziewczyna z prowincji


i myślałam, że po ekscesach słodkiego Mata* i dowcipnego Bena** (z Sarą i Jimim w tle) nic mnie już AŻ TAK nie zaskoczy. ale sum ergo przecieram za sprawą Shia załzawione ze śmiechu oczy .


* żywy dowód, że mężczyzna nie musi być przystojny, wystarczy, aby miał w sobie to coś ;)

** swoją drogą jego najlepsza rola filmowa ;)


czysta forma, te sprawy


klip do żyrandola mogę oglądać w kółko z niesłabnącym zachwytem nad choreografią i tancerką. natomiast serce,  no... to jest "czysta forma" - żadnych treści tu nie umiem dostrzec, ale czy mi to przeszkadza? otóż bynajmniej, gdyż Shia jest bardzo ładnie zbudowany, wysportowany aż miło (mlask! sory, przerwa na otarcie śliny w kącikach ust. niechybny sygnał nadchodzącej starości: takie coraz obfitsze się ślinienie przy obrazkach coraz młodszych chłopców. na emeryturze będę opłacać hakerów, żeby mi podpinali komputer pod kamery CCTV rozmieszczone w szkolnych szatniach przy salach gimnastycznych) i prawdopodobnie stanowi unikatowy - obok Seana C. - egzemplarz mężczyzny, któremu z brodą o wiele lepiej niż bez.

przy okazji się dowiedziałam, kimże jest umiłowany przeze mnie choreograf od tych dzieł. otóż wygląda mi na skrzyżowanie Salvadora D. i Franka Z (przeklęte wąsy). i tym tropem powróciłam do twórczości Franka i się zauroczyłam, ale nie mogę się zdecydować, którym pojedynczym dziełem najbardziej, więc nie będzie linka.




środa, 26 listopada 2014

koń pierwszego jeźdźca apokalipsy


zawsze byłam zdania, że jeśli chodzi o Boba Dylana, to ilekroć nachodzi go ochota, by śpiewać, powinien się położyć i jeśli już nie umrzeć, to chociaż poczekać, aż mu przejdzie. gdy wtem wczoraj zakochałam się bez pamięci w tej oto pieśni. i w ogóle mi nie przeszkadza dylanowy para-agonalny wokal! ba, znajduję go wręcz będącym bardzo na miejscu!  na dobitkę w wideo uśmiecha się najcudowniejszy Robert świata! (trzy zdania z wykrzyknikiem na końcu pod rząd - niechybny znak labilności emocjonalnej!)







poniedziałek, 24 listopada 2014

o tym, że życie bywa pełne niespodzianek


kochany pamiętniczku!

właśnie idę do kuchni z zamiarem otwarcia butelki wina, którą dostałam od pana, który tu śpiewa. nieźle. i śmiesznie, co? zapewniał, że jest pyszne, więc zapowiada się uroczy wieczór. a to bardzo godne zwieńczenie interesującego dnia.





czwartek, 20 listopada 2014

żarty na bok


mania mi się kończy. jest ponuro i zimno. muszę likaona umówić na sterylizację i jest mi przykro. napis na długopisie JETSTREAM mi się rano ułożył w JESTEM STARA.

przewidując nadchodzący dramat, A. z Juniorem otaczają mnie ochronnym czymśtam, co się między innymi objawia ogólnodomowym zakazem używania słów typu "baba" i "gruba". bez żadnej taryfy ulgowej - można metaforycznie oberwać, nawet jak się jest okularnikiem albo kruchą frezją.

chyba muszę sobie Mistrza zabanować, zanim będzie za późno. czyli tydzień temu?










poniedziałek, 17 listopada 2014

królowa pszczół to ma dopiero przetrąbione


w odróżnieniu królowa życia in spe miewa męczące weekendy. jednakże nie narzeka, bo zawsze lepiej popychać wszechświat w upatrzonym przez siebie kierunku niż całe życie jeść i znosić jaja i jeść i znosić jaja i jeść i znosić...

popychaliśmy ten wszechświat przez cały weekend, aż iskry szły. ledwie się załapałam do lokalu wyborczego.

smutna strona bieżących wydarzeń jest taka, że jestem nimi pochłonięta i mi się synapsy składają w takie sito, na którym nie zatrzymuje się zbyt wiele wartych uwiecznienia myśli niezwiązanych z wizją-strategią-taktyką, a ile się można o jednym rozpisywać. no to nie będę czcionek strzępić po próżnicy.


(...) tylko uwiecznię dla potomności, że mamy na stanie zdiagnozowaną alergię na roztocza, psia mać (dla ścisłości: u Juniora). dobrze, że nie na koty, chociaż jednak koty byłoby łatwiej z domu wyrzucić niż roztocza, prawda. w każdym razie bardzośmy się tym przejęli (plus komuś się popsuły słuchawki) w związku z czym nawet odbyliśmy w niedzielę przy śniadaniu awanturę. westch. mam świadomość, że według ogólnoświatowych standardów to się w sumie nie kwalifikuje jako awantura: zero krzyków, trzaskania przedmiotami i wenezuelskich gestów, odrobina pretensji poniewczasie i trochę czczych gróźb (głównie: nigdy więcej żadnych zwierząt w tym domu, ale byłam twarda i nie dałam się sprowokować do otwartego śmiechu). w każdym razie jak rzadko udało nam się osiągnąć na tyle silny efekt, że Junior się sam zorientował, że rodzice się "kłócą" ;)




piątek, 7 listopada 2014

gdzie się podziały wesołe piosenki?


po weekendzie zupełnie bez uzasadnienia tryskam energią. trzyma mnie gdzieś do czwartkowego popołudnia. a już w piątek jestem marność nad marnościami.

miła pani na infolinii za nic nie odpowiada i może się najwyżej skonsultować z działem, ale nie mam głowy do składania reklamacji.

czekam na maila od kuzyna (nieswojego) z Australii, ale tam inna strefa czasowa, to może powinnam pocztę w nocy odbierać?

redaktor ateista przyjął sugestię zaktualizowania zaleceń szelmowskim ";)" i pożyjemy zobaczymy.

włączyłam internety w celu podniesienia się na duchu. iluż zdolnych ludzi jest na świecie. na przykład taka Gaba albo chłopaki z Beirutu.

że nie wspomnę o tym gościu, co wymyślił kawę rozpuszczalną, mieszam ją sobie z inką i udaję, że to wcale nie jest czwarty kubek w ciągu godziny, zieeeew.


(...)
skeczowa córka do skeczowej matki: wychodzę za mąż.
skeczowa matka: klucze zabierz.

kilka minut później Junior wymyśla własny dowcip:
- Biorę prysznic.
- A gdzie go zaniesiesz?

kocham go bałwochwalczo :)