piątek, 14 listopada 2014
AVE JA!
wiedziałam, że ten dzień kiedyś nastąpi, ale nie byłam pewna, czy go dożyję:
mam 10/10 w piątkowym quizie Gazety :D
środa, 12 listopada 2014
nadzieja, czyli plus 10 do seksapilu
odwiedził nas australijski łącznik. albowiem kuzyn z antypodów rozważa nabycie kochanego domeczku, ale że ma trochę daleko, to nie jest w stanie obejrzeć go na własne oczy. śle więc emisariuszy i namiestników.
najpierw była spowinowacona pani architekt, która wyraziła się ze wszech miar pochlebnie. potem był krewny, który orzekł, że również będzie rekomendował Australijczykowi podjęcie jedynie słusznej decyzji.
Australijczyk nawiązał kontakt telefoniczny i mailowy. wyraził intensywne zainteresowanie i zadał moc pytań. moje ulubione brzmiało: czy jeśli się dogadamy i on ten dom kupi, to mamy coś przeciw temu, żeby w nim pomieszkać do kwietnia? choćby za darmo. bo on wcześniej nie przyjedzie, a co ma taki pusty stać i los kusić.
pomyślmy - pomyślałam - standard wysoki, urządzony pod mój gust, wygodny i ekologiczny. niech będzie moja krzywda ;)
podobno aktualnie na antypodach zbierane są informacje na temat procedur zdalnego nabywania nieruchomości. więc mamy nadzieję (i jak w tytule). ponieważ jednak taka sytuacja jak kupienie na drugiej półkuli domu, którego się nie widziało, na podstawie li i jedynie zdjęć i ustnych relacji, jest równie mało prawdopodobna jak zdanie egzaminu na prawo jazdy, podczas którego człowieka ściga policja na sygnale, to nie przesadzam z entuzjazmem.
z drugiej strony... ja przecież zdałam na prawo jazdy, chociaż mnie w czasie egzaminu ścigał radiowóz na sygnale, więc powinnam się zdobyć na optymizm.
Etykiety:
autokreacja,
marzenia,
sprzedaż nieruchomości
poniedziałek, 10 listopada 2014
wybieram basen
pasjami zbieram ulotki kandydatów po sklepach i przystankach (podstawowe media kampanii wew gminie wiejskiej). że się nie da wyselekcjonować swoich przedstawicieli metodą pozytywną, to już wiem nie od dziś. postawiłam więc na świadomą selekcję negatywną.
najpierw wyeliminowałam wszystkich kandydatów, których poznałam osobiście na płaszczyźnie prywatnej lub quasi-biznesowej (bo to śliskie typy i typice, niestety). oraz wszystkie osoby, które ich popierają lub są przez nich popierane. potem skreśliłam wszystkich prawych i sprawiedliwych, stronniczych wobec ludu i lewicowo-demokratycznych, ruchliwych itp.
wreszcie przeszłam do "programów". jedna kandydata do rady gminy na ten przykład obiecuje, że postara się o "modernizację szkoły". ma w okręgu swoich marzeń szkołę, do której chodzi około 20 dzieci i więcej nie będzie, bo ich nie ma kto rodzić. większość dzieci z tego okręgu (w tym Junior) chodzi do placówki wieś dalej. i ta druga szkoła ma już zaklepany budżet na rozbudowę, która rusza w najbliższe wakacje. to ja się pytam, o co ta pani chce walczyć? będzie malować tego strupa, którego już dawno powinni zamknąć (a dzieckom podstawić autobus do naszej szkoły)? czy może chce walczyć o projekt, który już wygrał? sukces murowany, bo może jeszcze nie wszyscy słyszeli i dadzą się przekonać, że to jej zasługa?
inny kandydat razem z ulotką przekazał mi nożyczki (bardzo gustowny model z czarnymi uszami, będzie Juniorowi pasował do tornistra), których mam użyć do "przecinania układów". niestety: pan ma na zdjęciu irokeza na żelu (brzydzę się żelu na męskiej koafiurze), w programie zwiększenie pomocy społecznej i budowę żłobków (nie czuję się targetem tej oferty) oraz strasznie mnie wkurzył nieudolną próbą manipulacji (głos za nożyczki? serio?).
kolejny kandydat potrzebował wydać całą książeczkę ze swoim programem rozbitym na kategorie: dla młodzieży, dla seniorów, dla przedsiębiorców, dla młodych rodziców, dla ubogich... jakby miał budżet Szwajcarii i kadencję trwającą 20 lat, to może by się wyrobił z pierwszą połową postulatów...
i tak dalej, i tak dalej...
tą metodą dotarłam do punktu, w którym został mi już tylko jeden kandydat. na burmistrza. w ulotce brzmi na nieźle wkurzonego i obiecuje, że wybuduje wew gminie basen. i bardzo dobrze, popieram wkurzenie jako motor pozytywnych przemian, a basen to jedyne, czego mi u nas wew gminie brakuje, więc niech chłopak próbuje.
piątek, 7 listopada 2014
gdzie się podziały wesołe piosenki?
po weekendzie zupełnie bez uzasadnienia tryskam energią. trzyma mnie gdzieś do czwartkowego popołudnia. a już w piątek jestem marność nad marnościami.
miła pani na infolinii za nic nie odpowiada i może się najwyżej skonsultować z działem, ale nie mam głowy do składania reklamacji.
czekam na maila od kuzyna (nieswojego) z Australii, ale tam inna strefa czasowa, to może powinnam pocztę w nocy odbierać?
redaktor ateista przyjął sugestię zaktualizowania zaleceń szelmowskim ";)" i pożyjemy zobaczymy.
włączyłam internety w celu podniesienia się na duchu. iluż zdolnych ludzi jest na świecie. na przykład taka Gaba albo chłopaki z Beirutu.
że nie wspomnę o tym gościu, co wymyślił kawę rozpuszczalną, mieszam ją sobie z inką i udaję, że to wcale nie jest czwarty kubek w ciągu godziny, zieeeew.
(...)
skeczowa córka do skeczowej matki: wychodzę za mąż.
skeczowa matka: klucze zabierz.
kilka minut później Junior wymyśla własny dowcip:
- Biorę prysznic.
- A gdzie go zaniesiesz?
kocham go bałwochwalczo :)
Etykiety:
dziecko,
dziwne rzeczy,
muzyka,
praca
środa, 5 listopada 2014
ślepa bandyta
kochany pamiętniczku, jaką wczoraj miałam przygodę, to nie uwierzysz (niewielką i nieciekawą). otóż była właśnie 17:18, wyjeżdżałam korsunią z terenu zabudowanego, gdy mi wtem zgasł prawy lefrektor. pewnie bym się nie zorientowała, ale otoczyła mnie ciemność, a miałam na liczniku coś kole siedemdziesiątki i uderzyła mnie świadomość, że jadę wąską drogą obsadzoną wielkimi drzewami, zza których lubi wyskoczyć zając lub lis w porywach do sarny.
czy zawróciłam, gdy do mnie dotarło, że znaprzeciwka coś sporadycznie nadjeżdża, więc nie mogę ciąć na długich, a lewy lefrektor mam jakoś tak ustawiony, że równie dobrze mogłabym jechać przy świeczce? ależ! w końcu miałam przed sobą zaledwie 16 km, z czego przez dwie trzecie drogi rzędy latarni. ale przyciszyłam radio, myśląc sobie, że nawet jak nie zobaczę, w co przydzwaniam, to przynajmniej usłyszę...
no, i to właściwie już wszystko. wiem, ziew. ale uprzedzałam.
wtorek, 4 listopada 2014
próżny trud
dzwoni sąsiad: chcesz chleb? bo mi wyszedł o jeden za dużo. przynieść ci?
czy mi przynieść chleb sąsiada? a czy trzylatek chciałby lizaka?
no to przyniósł. żytni na zakwasie. ze słonecznikiem i żurawiną. z chrupiącą twardą skórką. najlepszy chleb na świecie.
no i niestety, już po moich przyoszczędzonych kilogramach. zniweczyłam cały wysiłek 6 tygodni pożerając pół bochenka od razu, a resztę jeszcze tego samego wieczora. wszystko przez sąsiada. przyjaciel, cholera....
niedziela, 2 listopada 2014
zarządzanie życiem, poziom: zaawansowany/fizyka
pięknie się z A. dogadujemy i uzupełniamy, jeśli chodzi o podejście do życia i myślenie o przyszłości. i w ogóle działamy jak dobrze skomponowana korporacyjna rada nadzorcza. mamy bowiem raz: wizję, dwa: strategię i trzy: taktykę.
wizję opracowaliśmy wspólnie. chodzi o to, żebyśmy żyli długo i szczęśliwie, nie martwiąc się o chleb powszedni i kurs franka. i robiąc to, co lubimy. a jeśli już pracując, to z nudy, przyzwoitości i żeby sobie finansować fanaberie.
strategię wymyślił A: musimy w tym celu odkręcić kilka kurków, z których nam będzie regularnie skapywać do sakiewki. musimy się też uwolnić od franka. i musimy zająć się czymś przyjemnym, a zarazem rentownym. dzięki zapobiegliwości A. jeden kurek mamy już odkręcony; drugi został przygotowany i czeka na odpalenie w odpowiednim momencie. przyjemnym zajęciem będzie zgłębianie tajemnic życia pszczół od strony praktycznej. pozbycie się franka stanowi kwestię taktyczną.
od taktyki jestem ja. dążąc do połączenia przyjemnego z pożytecznym, wykombinowałam, żeby za jednym zamachem pozbyć się franka i schodów. stąd pomysł, że sprzedajemy z zyskiem nasz kochany nowy domek, pozbywamy się obciążenia, uwalniamy środki i budujemy nowy cudny domek bez schodów. potem możemy spokojnie odkręcić drugi kurek i zająć się pszczołami.
szybciutko sobie rozpisałam etapy i podpunkty. sprzedaż naszego kochanego domku oznacza, że przez pewien czas będziemy skazani na tułaczkę i niedolę. aby tę tułaczkę skrócić, musimy uwinąć się z budową cudnego. aby się uwinąć, musimy w momencie sprzedaży naszego kochanego mieć w garści konkret w postaci działki pod cudny.
w szukaniu jestem - jak wiadomo - mistrzynią. wyznaczam parametry i priorytety, określam dane i niewiadome... a w praktyce: jadę w teren i zaczepiam ludzi, którzy powinni znać odpowiedź na moje pytanie, aż trafię na takiego, co faktycznie zna. metoda kłopotliwa, ale prosta i niezawodna. tak więc działka została znaleziona. z miłą właścicielką jestem już zakolegowana (nie oszukujmy się: Przyjemny rozmówca, wyłącznie uważny słuchacz... Umie znaleźć podejście do każdego... Umie zrozumieć, zafascynować się, wyrazić uznanie, współczuć...).
do czwartku myślałam, że największy problem, jaki musimy rozwikłać, to znalezienie klienta na nasz kochany. w czwartek A. napomknął, że może jednak warto pomyśleć o radarach. bowiem patrząc na północ od potencjalnej działki pod cudny, to za polem, zagajnikiem, drogą i drugim polem stoją radary. i wzbudzają niepokój. stosowne władze niby stwierdziły, że radary tu nie dostrzelą i można teren użytkować w sposób związany ze stałym pobytem ludzi. ale kto by tam wierzył władzom (nie było w horoskopie, że jestem paranoiczką? przeoczenie).
zatem od czwartku zgłębiam zasady działania radaru. otóż radar generuje mikrofale (jak mikrofalówka! dzięki, od dziś będę na nią spoglądać zdecydowanie bardziej podejrzliwie) i pole elektromagnetyczne. i to pole to jest ZUO. w swojej humanistycznej naiwności zakładałam jednak, że jest to ZUO mierzalne i podlegające prostym regułom wyrażonym zrozumiałym wzorem.
nie wiem, co ja sobie wyobrażałam... to znaczy, wiem doskonale. wyobrażałam sobie, że wyznam guglowi swoje niepokoje, a on mi wyrzuci stronę poważnego instytutu badawczego z tabelką, z której sobie raz-dwa wyczytam, iż "zgodnie z danymi z najnowszych pomiarów dla radaru typu jakiegośtam z wiązką o częstotliwości ileśtam GHz ustawionym na wyniesieniu x m nad poziomem terenu pod kątem takimto, zasięg pola elektromagnetycznego na poziomie terenu w obszarze otwartym/zalesionym/zabudowanym wynosi ileśtamset metrów".
i to właśnie dowodzi, jak ja nie mam pojęcia o radarach, wiązkach i polach albo jak fatalnie są wydatkowane fundusze na badania naukowe dotyczące takich ważkich kwestii...
Subskrybuj:
Posty (Atom)