Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprzedaż nieruchomości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprzedaż nieruchomości. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 marca 2015

standardzik


przyjechali rodzice wielodzietni (bez dzieci). pani matka przez godzinę wyrażała bez krępacji entuzjastyczny zachwyt nieruchomością. pan ojciec (z wyglądu plejboj około trzydziestki, we wściekle niebieskich spodniach i ciemnych okularach) był demonstracyjnie nierad. nie udało nam się odgadnąć, czy się pokłócił z panią matką, bo nie zapisała jak dojechać i jakgupi musiał trzy razy o drogę pytać, czy ogólnie ma traumę przeprowadzkową i pomysł mu nie odpowiada, czy może - ach, ten nasz optymizm - przyjął taką pozycję negocjacyjną niepodobamisiętunic, żeby zrównoważyć rozentuzjazmowaną małżonkę...

pani matka niemalże kupiła dom od ręki, ale w końcu obiecała oddzwonić nazajutrz z konkretami. nie oddzwoniła. próbuję nazwać swoją reakcję. zdziwienie? nie bardzo. rozczarowanie? może trochę. bardziej wzruszam wewnętrznymi ramionami: zamożni ludzie już chyba tacy są. tacy, czyli niesłowni, niezdecydowani, nawet cokolwiek niegrzeczni. tyle.


Junior znowu zapadł na infekcję. zmęczona jestem, bo mi się porządki zbiegły z przednówkiem. z okazji rozpoczęcia sezonu godowego likaona wróciła z wieczornego spaceru z poharatanym pyskiem i naderwanym uchem. poza tym u nas na zachodzie bez zmian.



piątek, 27 lutego 2015

galop


idzie wiosna. zakwitły mi w ogrodzie prymulki. wiosna oznacza ożywienie na rynku nieruchomości. w niedzielę odwiedza nas wielodzietna rodzina zainteresowana kochanym domeczkiem. więc ogarniamy pajęczyny po zimie, czyścimy fugi, odnawiamy wybiórczo powłoki malarskie (te co bardziej przyozdobione przez kotecki), obmywamy powierzchnie szklane itp.

jestem nastawiona pozytywnie. chociaż gdybym na podstawie dotychczasowych doświadczeń miała powiedzieć, jakich domów poszukują klienci, to powiedziałabym, że największym wzięciem cieszą się:
- wiejskie rezydencje, gwarantujące bliski kontakt z przyrodą, w miejscu odludnym, cichym i spokojnym, oddalonym od ścisłego centrum aglomeracji o maksymalnie dwa kilometry;
- azyle w nieprzystępnej dziczy, ewentualnie głuszy, położone bezpośrednio przy drodze pierwszej kolejności odśnieżania;
- przytulne domki wyposażone w najnowocześniejsze technologie i mnóstwo inteligentnych systemów, z pięcioma przestronnymi sypialniami, w tym każda z własną łazienką, wykończone w egzotycznym drewnie i kamieniu, za nie więcej niż pół bańki... i tym podobne banialuki...


no nic. anegdotka: A. kupił nowe słuchawki. wymarzone, megawypaśne, piękne, w dedykowanym futeraliku ze skóry tak gładkiej, że moje uda nie mają startu ;) przyszła paczka i pomimo że nikt nie opłacił sprawdzenia zawartości  sprawdziłam zawartość. ma się wejście u listonosza, co nie?

co ja bym zrobiła na miejscu szczęśliwego właściciela od razu po wejściu do domu? gdyby na środku stołu w futeraliku ze skóry tak gładkiej czekało coś, o czym marzę od tygodni? no wiadomo.
a ten wziął i odgrzał sobie obiad. zjadł go. wziął dokładkę i też zjadł. sprzątnął talerze. poszedł umyć ręce. i w końcu mówi: "to teraz sobie obejrzę".

być może moja niecierpliwość zasługuje na to, by ją uznać za osobną jednostkę chorobową, no ale jego wstrzemięźliwość tym bardziej.

btw. A. pyta: "jak Asia? J. rośnie?" więc ja się pytam: jak Asia? J. rośnie?





wtorek, 3 lutego 2015

a dziękuję, nienajgorzej


od soboty sypiam normalnie.

robimy taki szpagat życiowo-organizacyjno-inwestycyjny, że jak ten numer wyjdzie, to obiecuję niczemu się nie dziwić na tym pięknym świecie.

w największym skrócie: odpędzony od drzwi notariusza przez nasze lęki walutowe kuzyn bratanka szwagra (który miał dokonać transakcji w imieniu krewnego), nie ma zamiaru znowu załatwiać przelotu przez pół świata, a docelowy kontrahent zjeżdża na naszą półkulę dopiero w kwietniu. jednak deklaruje, że końcem kwietnia sfinalizujemy umowę kupna-sprzedaży kochanego domeczku.
ponieważ nam tu jednak działka stygnie, to na dniach podpisujemy umowę nabycia. przy czym szczegół:  nabywamy za pieniądze, które dopiero mamy mieć za kilka miesięcy. a jak nie, to nie.

natenczas żyjemy więc dniem bieżącym i sukcesywnie sprzątamy w różnych półkach, szafkach i szufladach, dzięki czemu udaje nam się co tydzień zapełnić pół kubła na odpady niesegregowane, opróżnianego we wtorki przez dziarskich pracowników MPO. bo z bieżącego urobku, to mamy prawie wyłącznie segregowane i kompost.

ku pamięci: najbrzydsze słowo, jakie usłyszałam w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, brzmi "skubas". to jest czyjś pseudonim artystyczny, zdaje się. mógł sobie ten ktoś poszukać ładniejszego słowa, naprawdę nawet "denat" brzmi lepiej (chociaż pewnie bohaterka jednej książki Tokarczuk by się ze mną mogła nie zgodzić, ale ja wiem swoje).




czwartek, 29 stycznia 2015

o pośrednikach


Rusłana zamailowała, że ma klienta na nasz kochany domeczek. co prawda oferującego śmiesznie nieadekwatną cenę, ale może się skusimy.

Rusłana zajmuje się pośrednictwem na rynku nieruchomości i "pomogła" nam sprzedać stary dom. myśleliśmy, że pomoże też sprzedać kochany, ale współpraca daleko odbiegała od naszych wyobrażeń o jakości usług profesjonalistów, których wynagrodzenie liczy się w dziesiątkach tysięcy złotych.dlatego powinnam raczej napisać "profesjonalistów".

nie lubię jej. jest taka cwaniarsko zaradna i prymitywnie operatywna.

poznawszy już kilkanaście innych osób pracujących w tym fachu, mogę z ręką na sercu powiedzieć, że nie lubię pośredników en masse. starają się zrobić dobre pierwsze wrażenie i to właściwie zamyka listę ich zawodowych zalet. spóźniają się na spotkania we własnych biurach. nie odpowiadają na maile. oferują minimalny zakres usług za maksymalne stawki. mają takie braki w kulturze osobistej, jak ksiądz, com go jeden jedyny raz podjęła w ramach kolędy, a on mnie w moim własnym domu pokazał, gdzie mam usiąść. idą na łatwiznę, odwalają swoją robotę byle jak i próbują klientów czarować rzekomym know-howem. szkalują konkurencję. nadużywają technik NLP i szeroko pojętych narzędzi manipulacji, a przy tym robią to nieudolnie. zamiast pisać ładnie, poprawnie i stylistycznie, lecą niegramatyczną sztampą. mają braki merytoryczne w podstawach budownictwa jednorodzinnego. bez żenady wypowiadają autorytarnym tonem stuprocentowe bzdury.

oczywiście, nie każdy z tych zarzutów można postawić każdemu pośrednikowi, którego poznałam w ciągu ostatnich 10 m-cy, ale nie było takiego, któremu nie postawiłabym przynajmniej dwóch.

odpisałam Rusłanie, że thx & f**k off, z tym że oczywiście uprzejmie i grzecznie, bo jednak etos inteligencji pracującej do czegoś zobowiązuje, a brak snu nie usprawiedliwia grubiaństwa ;).



p.s. mamy najdojrzalsze dziecko na świecie. byliśmy wczoraj na spotkaniu biznesowym, które przeciągnęło się do półtorej godziny. Synek przesiedział je grzecznie i bezczynnie w hallu z marmuru i szkła. nie wiem, czy ja bym miała tyle cierpliwości.


środa, 19 listopada 2014

znów królowa spadła z konia


Australijczyk się wycofał z gry. a tak by było miło przywitać się z gąską....

nic to. westch.

bloggerowe statystyki sugerują, że wersję odwiedza ktoś z Rosji, Stanów, Niemiec, Turcji i innych egzotycznych miejsc. serio? eeeeee. jestem przekonana, że wersję odwiedza tylko ściśle określone grono wtajemniczonych.  ale na wypadek, gdyby jednak nie, to poznajmy się. może ja zacznę.

cześć, jestem Regina. znak zodiaku Entuzjasta, oczy zielone, włosy - zależy co tam fryzjerowi wyjdzie. A. się upiera, że z wyglądu do złudzenia przypominam Kylie Minogue.

a jeśli facet, który żyje z babeczką w monogamicznym związku od kilkunastu lat, który babeczkę widzi co dzień rano bez chociażby szczątkowego makijażu, który babeczkę widział w trakcie rodzenia mu dziecka i tuż po, i który poznał już prawdopodobnie wszystkie najgorsze cechy babeczkowego charakteru, twierdzi wbrew oczywistym faktom, że babeczka przypomina Kylie Minogue (którą to Kylie - uściślijmy - facet widział jedynie w takim wydaniu), to może oznaczać tylko:
a) że facet jest po tych wszystkich latach nadal ślepo zakochany w babeczce;
b) że babeczka jest oszałamiająco piękna oraz/lub nieziemsko dobra w łóżku;
c)  all of the above.
ciekawostka, prawda?

a teraz zapraszam do komentarzy gości z Polski, Rosji, Stanów, Niemiec, Wielkiej Brytanii itd. (można zmyślać w granicach dopuszczalnych zgodnie z zasadami autokreacji, czyli do woli;)).




środa, 12 listopada 2014

nadzieja, czyli plus 10 do seksapilu


odwiedził nas australijski łącznik. albowiem kuzyn z antypodów rozważa nabycie kochanego domeczku, ale że ma trochę daleko, to nie jest w stanie obejrzeć go na własne oczy. śle więc emisariuszy i namiestników.

najpierw była spowinowacona pani architekt, która wyraziła się ze wszech miar pochlebnie. potem był krewny, który orzekł, że również będzie rekomendował Australijczykowi podjęcie jedynie słusznej decyzji.

Australijczyk nawiązał kontakt telefoniczny i mailowy. wyraził intensywne zainteresowanie i zadał moc pytań. moje ulubione brzmiało: czy jeśli się dogadamy i on ten dom kupi, to mamy coś przeciw temu, żeby w nim pomieszkać do kwietnia? choćby za darmo. bo on wcześniej nie przyjedzie, a co ma taki pusty stać i los kusić.

pomyślmy - pomyślałam - standard wysoki, urządzony pod mój gust, wygodny i ekologiczny. niech będzie moja krzywda ;)

podobno aktualnie na antypodach zbierane są informacje na temat procedur zdalnego nabywania nieruchomości. więc mamy nadzieję (i jak w tytule). ponieważ jednak taka sytuacja jak kupienie na drugiej półkuli domu, którego się nie widziało, na podstawie li i jedynie zdjęć i ustnych relacji, jest równie mało prawdopodobna jak zdanie egzaminu na prawo jazdy, podczas którego człowieka ściga policja na sygnale, to nie przesadzam z entuzjazmem.


z drugiej strony... ja przecież zdałam na prawo jazdy, chociaż mnie w czasie egzaminu ścigał radiowóz na sygnale, więc powinnam się zdobyć na optymizm.