poniedziałek, 11 stycznia 2016

się mi w złą godzinę napisało


i jakoś po niecałej godzinie zdrowy wrócił w przemoczonych butach z informacją, że cokolwiek mu w stopy zimno, właściwie to nawet bardzo i czy mogę sprawdzić, czy aby nie odmroził palców... wrzuciłam go do wanny z ciepłą wodą, gdzie umilał sobie czas stukając stópką w automatyczny korek i nie wiem, jak to możliwe, ale go zepsuł. w sensie wertykalny trzpień korka odpadł od jego horyzontalnego talerzyka i wpadł do syfonu. w związku z powyższym chory musiał opuścić gościnne pielesze sypialni, znieść ze strychu skrzynki z narzędziami i zabrać się za ratowanie sytuacji.

w tym czasie ja musiałam pocieszać zdrowego, że nie, nie grozi mu amputacja stóp. oraz go karmić. bo bywają takie dni - czyżby zapowiedź okresu dojrzewania? - kiedy by ciągle jadł. śniadanko, lunczyk, zupkę, drugie, fryteczki, jajeczniczkę, tościka, jeszcze jednego tościka, płatki z mlekiem...

choremu natomiast musiałam pospieszyć ze wsparciem moralnym (na pewno się to uda naprawić bez rozbierania obudowy wanny. ty wszystko umiesz naprawić. super, że tak to sprawnie naprawiłeś. nie działało, a działa - timur i jego drużyna! itp.) oraz w postaci trzymaka do latarki.

no i z tego wszystkiego już nie miałam głowy zdecydować, co z tymi urodzinami, więc rzuciłam chłopakom temat przy niedzielnym śniadaniu. wersję z depresją i kryzysem wieku średniego odrzucili jako mało atrakcyjną, natomiast dwie pozostałe uznali ze w ogóle się nawzajem nie wykluczające: jednego dnia zrobimy w domu bal, a innego pójdziemy w trójkę zaszaleć na mieście. udałam, że się zgadzam, ale niestety po cichutku zaczęłam już realizować własny scenariusz i nie wykonałam telefonów z zaproszeniami, katując się wewnętrznie obawą, że co to będzie, jak mi wszyscy powiedzą, że nie mają czasu lub ochoty albo "z przyjemnością, to do zobaczenia", a potem na kwadrans przed godziną Wu przyślą sms-ka, że sorki, coś ważnego im wypadło, ale życzą mi szampańskiej zabawy.

oczywiście, gdy już zwerbalizowałam podświadomą obawę, uznałam, że stanowi kolejny dowód, jaka jestem jednak zakompleksiona, beznadziejna i popaprana, jak nie wierzę  w dobre rzeczy, które mi się zdarzają, i dobrych ludzi, których spotykam. krótko mówiąc: nikt mnie kocha, nikt mnie nie lubi, jestem głupia, spadam na dół. czyli jednak depresja. czyli idę się nad sobą poużalać.koniec transmisji. bez odbioru.


i jeszcze do tego wszystkiego zmarł David Bowie! :(

sobota, 9 stycznia 2016

sobota, godz. 15.15


moduł sztucznej inteligencji piekarnika musiał mi się podłączyć do wifi i sczytać ostatniego posta, bo przestało dymić. widać umie dodać dwa do dwóch i rozumie, że lepsze wrogiem dobrego (czytaj: tkwienie przy ścianie wrogiem podróży do punktu selektywnej zbiórki odpadów, kontener z napisem "duże AGD").

bosz, jaki cudowny bezruch. wydałam posiłek, chorego wygoniłam do łóżka, a zdrowego do kolegów, uwiję sobie gniazdko z poduszeczek na sofie i będę nic nie musieć do samego wieczora...



piątek, 8 stycznia 2016

wiru wiru


no jakie zmiany się szykują! pan "ciemny lud wszystko kupi" będzie prezesem tvp, a pan max będzie z jego telewizora mówił, jak jest! prawie nie muszę pić kawy, jak to czytam. ale trochę niestety muszę, w związku z czym nigdy nie będę mieć figury jak jay lo, która ma taką figurę, jaką ma, bo nie pije kawy. (tak napisali w internetach, więc to musi być prawda). jeszcze jakieś tam czynniki pewnie odgrywają rolę, ale ponieważ odpadam już przy niepiciu kawy, czyli w zasadzie w przedbiegach, to nie będę się nawet dobijać resztą receptury na tę jej figurę, c'nie?

ja nie mogę nie pić kawy, bo to by zagrażało bezpieczeństwu - na przykład na drodze. empirycznie ustaliłam, że do momentu pierwszej porannej kawy nie rozróżniam kolorów, w związku z czym w sygnalizacji drogowej orientuję się głównie po tym, czy świeci się sygnalizator dolny czy górny. ale czasami zapominam, który z nich jest zielony. i nieszczęście gotowe. no to jak mam do wyboru figurę jay lo lub wzrost liczby ofiar wypadków drogowych, to dla dobra ludzkości muszę odpuścić. takie jest ze mnie samo dobro... (poza tym ona chyba jest wyższa, więc niekoniecznie bym dobrze wyglądała z jej proporcjami. a w ogóle to męczyć się bez kawy tylko po to, żeby odkryć, że mnie oszukali, bo na przykład figura ok, ale żeby mieć takie piękne włosy jak jay, to musiałbym jeszcze zaczynać dzień od zjedzenia dwóch cząstek grejpfruta... bez sensu).

w sumie to nie wiem, co się tak uwzięłam na tę jay. chciałam napisać o tym, że mi piekarnik dymi i mam do wyboru: albo go porządnie wyczyścić, albo kupić nowy. stwierdziłam, że ekologiczniej będzie wyczyścić, ale się okazało, że się doczyszczam do tego, co jest pod farbą, a to dymienie to objaw przechodzenia farby ze stanu stałego w lotny (ewidentnie piekarnik się skumał z inteligentnymi tabletkami do zmywarki i doszedł do wniosku, że skoro nie ma miejsca na zamontowanie akumulatora, to aby działać, musi tkwić przy gniazdku w ścianie, jak jakiś galernik przy wiośle, co jest poniżej jego świeżo uświadomionej godności, więc małymi kroczkami przechodzi w tryb autodestrukcji). czyli jednak trzeba kupić nowy, a jeszcze trochę i niepotrzebnie bym sobie ręce tym czyszczeniem zniszczyła.

czy wyłącznie ja miewam takie dni, że w sumie od rana wypiłam tylko trzy kawy, a czuję się, jakbym była na niezłej bani? to może już pójdę...



czwartek, 7 stycznia 2016

magia sprzątania....


opresyjny system zażądał od nas ostatnio okazania jednego aktu notarialnego oraz umowy z aneksem. jako samozwańczy domowy referent do spraw archiwizacji wszystkiego sięgnęłam ręką pomiędzy segregatory i po chwili wyjęłam stosowny akt (szt. 1) i umowę (szt 1), a aneksu nie (szt. 0). zgubiłam!? wiadomo, że gdzieś w urzędowych archiwach innego elementu opresyjnego systemu leży jego kopia, ale kto ma zdrowie latać z wnioskami o wydanie odpisu... a poza tym przecież mnie takie rzeczy nie giną. nic mi nie ginie. no, prawie zawału dostałam, zanim A. przytomnie zajrzał do środka aktu, pomiędzy którego stronice wplótł się był poszukiwany dokument. czyli był na miejscu, w odpowiedniej teczce, ufff...

ale nie ma tego złego. skonfrontowana  z wizją przejrzenia ąfnastu segregatorów pełnych zakurzonych szpargałów, postanowiłam się zabrać za porządki. zgodnie ze sprawdzoną zasadą magazynierską – first in first out – zaczęłam od najstarszych. można powiedzieć, od kroniki mojej działalności biznesowej. od dokumentów, które pamiętają czasy, kiedy wierzyłam w kapitalizm z ludzką twarzą, zasadność opłacania składek na zus i własną przedsiębiorczość (a także - zapewne - nieśmiertelność, chociaż akurat na tę okoliczność nie zachowały się żadne dowody). czasy, kiedy jarałam się pieczątką z regonem i firmowym kontem w banku.

przy fakturach za telefon komórkowy w firmie Idea, której ślady we wszystkich rejestrach gospodarczych uległy już dawno erozji na skutek porywów wiatru przemian, i gwarancji na pierwszy monitor do komputera stacjonarnego, który został już dawno zrecyklingowany gdzieś na śmietnikach u wybrzeży Azji lub Afryki, przemknęło mi przez myśl, że jednak wszystko ma swoje granice. i nawet urząd skarbowy nie każe trzymać kwitów dłużej niż przez pięć lat. ustaliłam więc z A., że zostanie na fabryce po godzinach  i używając służbowej niszczarki, wyśle sterty kwitów na drugą stronę kwitowego Styksu. tylko że na raz się raczej z nimi nie zabierze. zresztą ja naraz nie dam rady przejrzeć tych ąfnastu segregatorów, bo dostaję astmatycznego kaszlu od kurzu, więc operacja się siłą rzeczy rozwlecze w czasie.

tu ciekawostka. jak Junior zaczyna płakać - bo zawadzi piszczelem o stopień albo ma chandrę - to Priniczipessa, czyli najlepszy kot pod słońcem, wiedziona niezwykle silnym instynktem opiekuńczym natychmiast przerywa dowolną czynność (spanie, jedzenie, pranie futra, itp. ale najczęściej spanie) i natychmiast pędzi go pocieszać. włazi mu na klatkę piersiową, wtyka swoją czaszkę w dłonie, obwąchuje twarz i uszy, pomrukuje i pomiaukuje. jednym słowem - sprawdza, w czym rzecz, i pociesza, jak umie. i to jest bardzo rozczulający widok. no więc jak wczoraj siadłam nad pierwszym segregatorem, to też do mnie przyleciała i zaczęła typową akcję ratunkową. a przysięgam, że nie jęczałam, nie stękałam i nie uroniłam ani jednej łzy. przypadek? nie sądzę ;)

druga ciekawostka. jedni Apacze, co od listopada "kupują" od nas domek, byli z nami wczoraj po raz trzeci umówieni na spotkanie. i po raz trzeci nie dojechali. śmieszne jak dowcipy Skiby, co nie?

będąc niewinnym dziewczęciem, prowadziłam taki notesik z różnymi mądrymi, a przeważnie "mądrymi" sentencjami, aforyzmami i złotymi myślami. (nie, nie ozdabiałam ich rysunkami, suszonymi kwiatami ani pocztówkami z zachodem słońca. tak nisko nie upadłam). otóż jedną z tych sentencji zapamiętałam i nie wiem - na boga - dlaczego się jej nie trzymamy: dawaj każdemu drugą szansę, ale nie trzecią. otóż muszę sobie wymyślić, jak ją złośliwie i dosadnie ubrać w słowa, które wypowiem przez telefon w bardzo mało prawdopodobnym przypadku, gdyby Apacze zadzwonili się umówić na spotkanie po raz czwarty... jakieś podpowiedzi?

i trzecia ciekawostka. w związku z wyżej opisanymi perypetiami odczuwałam pod wieczór lekki wku*w, a teraz jestem radosna jak prosię w deszcz, albowiem tuż nad ranem śnił mi się pogrzeb - w ogóle bez podtekstów politycznych, aż dziwne. i na tym pogrzebie wszyscy mieli świetny humor, śmiali się i śpiewali. niektórzy - głównie mężczyźni - to nawet tańczyli. ponieważ doskonale wiem, czyj to był pogrzeb, a nawet nie wykluczam, że kiedy w końcu impreza ta odbędzie się naprawdę, a nie tylko w moich snach, to może na niej panować porównywalna atmosfera, mogłabym o tym napisać do nieboszczyka in spe, ale co mu będę robić przykrość. niech mu inni robią. mnie już nie zależy ;)



poniedziałek, 4 stycznia 2016

poniedziałek-srałek


niewyspana jestem*.

czy jeszcze można napisać w internetach "prezydent** jest gupi" bez obawy, że mi służby zhakują komputer, zrobią najazd na chałupę, zakują w dyby i wyślą na patriotyczne szkolenia w ciemny, głuchy las? i jeszcze wciągną na listę prewencyjnie inwigilowanych na kolejne trzy pokolenia? czy już nasz mądry prezydent podpisał wszystkie mądre ustawy naszego mądrego rządu i lepiej nie ryzykować?
bo przez parę dni nie śledziłam na bieżąco rozwoju wydarzeń i się pogubiłam.

niedługo mam urodziny. rozważam z tej okazji następujące trzy warianty celebracji:
1. sprosić gości i martwić się, że dostanę od przyjaciół w prezencie ekwiwalent drylownicy do wiśni i co to za przyjaciele, co tak człowieka wcale nie znają łamane przez martwić się, że się przyjaciele wykosztują na jakiś drogi prezent, bo niby taka okrągła liczba, a przecież idzie kryzys, wojna i koniec świata (polubiłam Kraśkę, czy potrzeba więcej znaków?), więc powinni robić zapasy wody butelkowanej, świec i tuńczyka w puszce.

2. zgodnie z nową rodzinną tradycją zabrać A. i Juniora na wystawny obiad na mieście oraz do kina (ja nie lubię chodzić do kina, bo tam jest strasznie głośno i nie ma jak wyskoczyć, żeby sobie zrobić herbatę, jak się robi nudno, ale jednak rodzinna tradycja zobowiązuje, nawet jak jest całkiem nowa).

3. wpaść w melancholię łamane przez chandrę łamane przez depresję z okazji, że to taka okrągła liczba i na drugie tyle teraz przygotuj się, a świat tak ci roztacza uroki swe...

daję sobie czas do weekendu, żeby podjąć decyzję w tej sprawie.


* bo do drugiej trzydzieści odświeżałam w myślach taktyki negocjacyjne. jak znowu się okaże, że niepotrzebnie, to się zrobię niemiła dla niektórych osób. daję tym osobom czas do weekendu.


** w razie czego będę iść w zaparte, że mi chodziło o prezydenta FIFA. ideały ideałami, ale nie mam czasu na reedukację. ja tu muszę dziecko odchować i kredyt spłacać.




piątek, 1 stycznia 2016

podsumowanie


...chciałabym, ale nie da rady, dwa tysiące piętnasty tak mi mignął przed oczami, że w charakterze wspomnień mam rozmazany obrazek. tylko w stopklatce da się z niego odcyfrować to i owo.

był to na przykład rok najbardziej nietrafionego prezentu gwiazdkowego. dostaliśmy (a właściwie to ja dostałam) od rodziny drylownicę do wiśni (z funkcją dziadka do orzechów). ktoś mógłby pomyśleć, że żyjąc na tym łez padole prawie 40 lat, zdążyłabym sobie nabyć taki fikuśny gadżet, gdybym kiedykolwiek odczuwała cień potrzeby, aby go użyć. nie pomyślał. prezentodawcy musieli dojść do innego wniosku - może zakładają, że tego lata zacznę nagle drylować na potęgę? nie zacznę. drylowanie wiśni stoi bardzo wysoko w moim rankingu najbardziej bezsensownych czynności, na które naprawdę nie warto marnować życia. zaraz za czyszczeniem grzybów i nawet trochę wyżej niż gry komputerowe oraz siedzenie na fejsie.

cd być może n


parzysty, może będzie lepszy. chociaż się nie zanosi.



oby nikt nas nie wku*wiał w tym nowym, dwa tysiące szesnastym. tyle.