poniedziałek, 9 marca 2015

eksperyment


próbuję sprawdzić, czy lektura wpływa na jakość życia i jak. jeszcze nie wiem, jak to jednoznacznie ustalić, na razie tylko zbieram materiały. czytając o zbrodniarzach z nazistowskich obozów koncentracyjnych, zapadłam na zdrowiu. teraz lecę przez leksykon marketingu i naprawdę nie wiem, jakich efektów mogę się spodziewać.


p.s. w radiu podano, że kobiety po pięćdziesiątce uważa się w naszym kraju za "starsze panie". no bez żartów. to mam nieco ponad dekadę do starości? wypraszam sobie.




niedziela, 8 marca 2015

królestwo za L4


bywają takie chwile, kiedy na prawdę przyjęłabym etat z całym przekleństwem inwentarza. i błogosławieństwami typu płatny urlop zdrowotny. na przykład dziś i przez kilka najbliższych dni. ech.



sobota, 7 marca 2015

urwa


poranek wstał słoneczny. "wiesz co, wezmę po śniadaniu sekator i poprzycinam wreszcie tę wiśnię". proszbardz. prastarą wiśnię dzielą może ze dwa metry od przewodów NN, więc przycięcie dobrze jej zrobi. jeszcze tylko rozegraliśmy partię monopoly na dobry początek dnia, wydałam lunch i postanowiłam złożyć swoje zatkane zatoki pod kołderką. w przelocie usłyszałam "chyba już wiem, jak te głogi wyprowadzić". proszbardz, sama widzę, że jakieś koślawe, a ostatecznie to dziki-ostańce*. "i róży by się przydało przycięcie, bo jak koszę trawnik, to mnie zahacza". dziką różę zabroniłam tykać, bo jeszcze mogą przyjść mrozy, a ja tam hoduję stado wróbli i gdzie by one bidulki spały, jak by mi ją przerzedził. więc róży nie, ale poza tym luz.

luz, bo ostatecznie linia demarkacyjna została ustalona już jakiś czas temu: twoje owocowe, moje ozdobne, twoje pole od północy, mój ogródek od południa. każdy wie, co wolno wojewodzie.

luz. luz? wstałam dwie godziny później wyciągnąć Juniorowi drzazgę. patrzę: jedzie moje szczęście przez trawnik, pchając taczkę pełną zieleniny. co mu się tak mogło zazielenić na początku marca, myślę. no bo chyba nie maliny, porzeczki, jagody czy aronie? że o jabłoniach ani o orzechach nie wspomnę.

nie, wziął uchabział prawie przy ziemi moje półtorametrowe ogniki. zupełnie niejadalne. rosnące od strony południowej. którem od trzech lat pracowicie wyciągała w górę, bo mają tendencję do wypuszczania pędów pokładających się na gruncie. i to co ja przez trzy lata wychuchałam, wziął i wyciął. "żeby się zagęściły". urwa! a może ja je nie bez powodu tak gęsto sadziłam? żeby się nie musiały zagęszczać.  czy ja się komuś wtrącam, które gałęzie wiśni wyrąbać? urwa! urwa! urwa!

normalnie serce mnie boli. bym się herbaty na uspokojenie napiła, ale mam tylko to błoto z liptona. urwa!



* rośliny ocalone ze sadu, który kiedyś szumiał w miejscu, gdzie dziś stoi kochany domeczek. wyraźnie widać, że nie raz je traktowano kosą i ogniem, więc sekator  nie zdoła im zaszkodzić. nawet najbardziej entuzjastycznych rękach.


piątek, 6 marca 2015

chlor, skrobia i błoto


byłam na zakupach w biedronie, bo mnie smarki zniechęciły do jazdy do bardziej cywilizowanych, ale i odleglejszych punktów handlowych typu wszystko pod jednym dachem. śmietany nie kupiłam, bo w składzie miała - po co? po co, pytam! - skrobię. sól kuchenną żeśmy z A. komisyjnie spuścili do kanalizacji, bo śmierdziała chlorem jak świeżo odgrzybiony, a źle wentylowany basen. natomiast lipton smakuje szlamem. (może każdy lipton tak smakuje? nie mam doświadczenia z tą herbatą). "masła" nie brałam, bo już raz kiedyś próbowałam na biedronowym maśle zrobić masę do tortu i chyba im chochlik drukarski coś pokręcił ze składem, bo to na pewno  nie jest sam tłuszcz i karoteny.

ale bułka tarta i woda mineralna - luz, sprawiają wrażeni normalnego ludzkiego jedzenia.


ciekawe, czy dożyję dnia, kiedy się konsumenci zaczną z biedroną procesować jak onegdaj za oceanem z koncernami tytoniowymi. i wygrywać kosmiczne odszkodowania.





czwartek, 5 marca 2015

nowe, a ładne jak stare



mlask, mniam, cmokens

(i pani ma profil jak młody Bowie!)


środa, 4 marca 2015

zamiast goździka


to musi będzie z okazji marcowego święta naszych kochanych pań, że najlepsze radio zapodało  taki rubaszny kawałek ;) warstwa audio wywołuje miłe amerykańskie skojarzenia, w najlepszym sensie tego słowa. smaczna. ale klip przaśny i wokalista taki raczej metro-drwal, więc niestety nieteges.

wtorek, 3 marca 2015

standardzik


przyjechali rodzice wielodzietni (bez dzieci). pani matka przez godzinę wyrażała bez krępacji entuzjastyczny zachwyt nieruchomością. pan ojciec (z wyglądu plejboj około trzydziestki, we wściekle niebieskich spodniach i ciemnych okularach) był demonstracyjnie nierad. nie udało nam się odgadnąć, czy się pokłócił z panią matką, bo nie zapisała jak dojechać i jakgupi musiał trzy razy o drogę pytać, czy ogólnie ma traumę przeprowadzkową i pomysł mu nie odpowiada, czy może - ach, ten nasz optymizm - przyjął taką pozycję negocjacyjną niepodobamisiętunic, żeby zrównoważyć rozentuzjazmowaną małżonkę...

pani matka niemalże kupiła dom od ręki, ale w końcu obiecała oddzwonić nazajutrz z konkretami. nie oddzwoniła. próbuję nazwać swoją reakcję. zdziwienie? nie bardzo. rozczarowanie? może trochę. bardziej wzruszam wewnętrznymi ramionami: zamożni ludzie już chyba tacy są. tacy, czyli niesłowni, niezdecydowani, nawet cokolwiek niegrzeczni. tyle.


Junior znowu zapadł na infekcję. zmęczona jestem, bo mi się porządki zbiegły z przednówkiem. z okazji rozpoczęcia sezonu godowego likaona wróciła z wieczornego spaceru z poharatanym pyskiem i naderwanym uchem. poza tym u nas na zachodzie bez zmian.