wtorek, 30 sierpnia 2016
sierpień miesiącem wypoczynku
dobry wieczór, drogi pamiętniku. nie było mnie, bo odpoczywałam. cały długi miesiąc. pierwszy raz od bardzo dawna. spodobało mi się. chciałabym więcej, ale niedługo rzeczywistość nas zagoni w kierat, więc może wtedy napiszę więcej. albo nie, bo nie wiem, czy mi się będzie chciało ;)
środa, 13 lipca 2016
bez związku z czymkolwiek
niezbadane wyroki algorytmów yt wyrzuciły mi śliczną starą piosenkę, z której tekstu pomimo pewnych komptencji językowych nigdy nie zdołałam wyrozumieć nic ponad oniolioniliones molioninies, czy jakoś tak... postanowiłam więc porzucić już na dziś kierat - w końcu jest prawie dwudziesta, a zasiadłam do klawiatury o dziesiątej rano! - i wyguglać, o co chodzi panom muzykom na poziomie werbalnym. oraz przy okazji dokonać retrospektywnej i wielce krytycznej analizy ich wizerunku. to ta łatwiejsza część i mogę z marszu przedstawić wnioski: pan wokalista jako jedyny mógłby dziś wyjść na ulicę, tak jak stoi w teledysku, nie narażając się z mojej strony na podejrzenia, że ma jakieś zaburzenie osobowości albo mniejszościową orientację. pomyślałbym tylko, że ubiera się w słabym lumpeksie, ale to przecież nie grzech. szczególnie, że jest nienajgorzej ostrzyżony. reszta panów niestety, sorki, z powrotem do szatni biegiem marsz.
odnośnie natomiast lirycznego meritum... niolionlinionnes molioninies znaczy w przekładzie "motocyklowa pustka pod neonową samotnością", czyli w zasadzie miałam rację, że nic nie rozumiałam. to jeśli chodzi o refren, będący prawdopodobnie dziełem dadaisty amatora. zwrotki stanowią większe wyzwanie intelektualne i chyba pisał je student filozofii, co wnioskuję z przywołania figury chłopa pańszczyźnianego. znałam dwóch studentów filozofii i obaj z jakichś niewyjaśnionych przyczyn lubili tłumaczyć zasadność lub niezasadność różnych współczesnych zjawisk społecznych przez pryzmat układów feudalnych. (ludzie niebędący studentami filozofii, jeśli już odwołują się do układów feudalnych, robią ją to li i jedynie przy użyciu zwrotów "muszę odrobić pańszczyznę" lub "umordowany jestem jak chłop pańszczyźniany" plus wariacje na temat. przynajmniej tak wynika z moich ograniczonych obserwacji, c'nie). ale wracjąc do meritum... w zwrotkach podmiot liryczny wyraża typowo młodzieńcze i odrobinę lewackie rozczarowanie światem materialnym, konsumpcjonizmem, kulturą, nierównością społeczną, zakłamaniem ludzkości, koniecznością walki o przetrwanie, światem polityki etc., co też pasuje do studenta filozofii. oczywiście: chyba, bo z takim podmiotami lirycznymi to nic nigdy nie wiadomo na pewno.
z ciekawostek, pan wokalista ma taki dar, że ile razy bym go nie słuchała, tak pozbawiona możliwości śledzenia tekstu w wersji pisanej, wciąż słyszę tylko oniolininiones molioninies.
no to na koniec podkład dźwiękowy, bo jeszcze zapomnę.
czwartek, 7 lipca 2016
[zaległości cz. 2]
co tam panie w polityce. w zagranicznej głównie brexit. bardzo współczuję brytyjczykom. serio. dość liczna grupa, której liczebność nie przekłada się niestety na mądrość - bo tak to już jest z reguły ze stosunkiem ilości do jakości - zafundowała im demolkę przyszłości na parę pokoleń do przodu. współczuję im prawie tak mocno jak sobie i reszcie polaków, bo jednak pis może kiedyś przegra wybory (jeśli popełni jakiś błąd przy reformowaniu ordynacji wyborczej), a jak wyspiarze raz wyjdą z unii, to głupio im będzie prosić, żeby ich znowu przyjęła z powrotem za parę lat, c'nie. więc powinnam im nawet współczuć bardziej, ale współczuję jedynie prawie tak mocno jak sobie, a to z tego powodu, że jednak bliższa ciału koszula i wiadomo, że żaden ból mnie tak nie boli, jak własny. (oraz jeszcze mnie boli, że firefox po ostatniej aktualizacji ustawił sobie gdzieś jako język domyślny angielski i teraz mi wszystkie słowa w bieżącej notce podkreśla na czerwono, w dodatku wężykiem wężykiem, a to wcale nie są żarty).
jak można wywnioskować, jestem euroentuzjastką, czy może dokładniej: euroostrożnąoptymistką. wierzę w szczytne ideały wolności przepływu prawie wszystkiego oraz że zgoda buduje. i naprawdę nie mam problemu z germańską hegemonią. niemcy stworzyli państwo prawa, silną gospodarkę, która funduje zasiłki na dzieci z bieżących wydatków, zamiast zapożyczać się u praprawnuków, bardzo kuszącą stawkę minimalną, nowoczesne technologie i ładne samochody itp. itd. wszyscy, którzy do nich wyjeżdżają mieszkać, pracować i żyć sobie chwalą, więc chyba nie jest ta niemiecka hegemonia taka zła. posunęłabym się nawet do takiego oportunizmu, że za cenę bezpiecznego życia w godziwych warunkach zgodziłąbym się przemianować EU na GH* (chociaż z tym zaproszeniem wszystkich uchodźców to angela mocno przesadziła. oj mocno).
jeśli zaś chodzi o politykę krajową, to już się przestałam złościć i prawie nie przeklinam przy serwisach informacyjnych (ponieważ prawie przestałam je oglądać). jest mi bezbrzeżnie smutno w bezradności, z jaką mogę się tylko przyglądać demontażowi, demoralizacji, degeneracji, degrengoladzie i różnych innych złych rzeczach, które dotykają moje społeczeństwo, mój trójpodział władzy, moje media publiczne, mój system szkolnictwa... i cały mój kraj (słusznie bowiem prawią w reklamie banku: "moje" robi wielką różnicę). najlepiej to ujęła rozczarowana profesor Staniszkis, więc pozwolę sobie zacytować: "Jest taki list napisany przez Huxley’a do Orwella z roku 1949, w którym on się chwali, że w swoich analizach uchwycił moment, którego nie ma u Orwella. Nazywa go ostateczną rewolucją, kiedy społeczeństwo jest dopasowywane do systemu władzy, łamiąc ludzi, atakując elity, obiecując nową elitę i awans, wykorzystując resentymenty wobec tych, którzy są wyżej.(...) u nas wyraźnie widoczne jest to formowanie społeczeństwa poprzez wydobywanie gorszych cech, agresji, którą się usprawiedliwia (...) Obserwujemy (...) także coś, czego wcześniej nie było, wykorzystywanie złych instynktów dla celów politycznych. Ta mieszanka jest dla mnie porażająca. Fetysz większości i mitologizacja ludu wkurza mnie bardzo".
kiedy rozmawiam z ludźmi, którzy mają do czynienia z szerszym przekrojem społecznym, słyszę mnóstwo historii o osobach deklarujących z samozadowoleniem, iż głosowały na pis, a teraz - konsumując swoje pińcet plus - cierpliwie czekają, aż władza zrobi porządek. i powiedzmy sobie jasno: nie oczekują, że robienie porządku będzie polegało na dawaniu wszystkim po równo, czy nawet na dawaniu tym, co nie mają. wystarczy, że będzie zabrane tym, co mają ciut więcej. przy czym najmniej ważne jest, czy to ciut więcej ukradli czy uczciwie zapracowali. taki jest owoc atakowania elit (czyli w praktyce naszej skromniutkiej, ale ambitnie raczkującej klasy średniej), grania na resentymentach (wobec na przykład bogu ducha winnej inteligencji sprowadzonej już jakiś czas temu do wykształciuchów) i formowania poprzez wydobywanie gorszych cech.
więc po pierwsze poraża mnie dzielenie społeczeństwa. a po drugie zadłużanie go. możesz mnie, ojczyzno, nazwać komunistą i złodziejem, ale już zapowiedziałam swojemu Dziecku, że nie pozwolę, aby jego prawnuki spłacały koszt programu 500+, a jeśli jedynym sposobem, aby tego uniknąć, jest wyjazd w siną dal, to musi się jeszcze intensywniej uczyć języków obcych.
po trzecie natomiast nęka mnie lęk, co całe życie nękał moją nerwową babcię. ale o tym kiedy indziej.
*jak Germańska Hegemonia.
poniedziałek, 4 lipca 2016
to się nie może udać, to się skończy źle
[nadrabiam zaległości - część pierwsza]
zacznę od tego, że z okazji sezonu urlopowego mam serdeczne życzenia. tym ..onym wujom, którzy wyrzucają psy z samochodów w okolicy pięknych dolnośląskich wiosek, bo przecież nie będą bulić za hotel dla zwierzaków, oddać do schroniska pewnie wstyd, a wieśniakom jeden kundel bury więcej w obejściu przecież nie zrobi różnicy, no więc tym ...onym wujom chciałam serdecznie życzyć raka wszystkiego oraz otwartego złamania kości podstawy czaszki. niczego więcej nie jesteście warci, przynosicie ujmę swojemu gatunkowi i mnie osobiście jest wstyd, że te psy widzą we mnie człowieka takiego jak wy.
ponadto jakiś czas temu,w pierwszy prawdziwy dzień wakacji - czyli w poniedziałek - byliśmy ze synem na zakupach. przede wszystkim kupiliśmy... tornister i piórnik na nowy rok szkolny. następnego dnia Junior stwierdził, że ten weekend jest za długi i on to by już poszedł do szkoły. nie, nie utrzymywaliśmy go w nieświadomości co do trwającej kanikuły. i nie, nie siedział sam w domu znudzony - większość ostatniego tygodnia czerwca jeździli z chłopakami na rowerach, ganiali się po podwórkach i ogródkach lub moczyli w basenie. mimo to poszedłby do szkoły i co mu kto zrobi? tu nie musi być sensownego uzasadnienia. chyba że "chciałby, bo nie może".
ponadto weszliśmy - właściwie to ja weszłam i wciągnęłam chłopaków za sobą - na ścieżkę wojenną z sąsiadami ze wschodu. dzieli nas od nich szerokość drogi, za którą to drogą sąsiedzi mają wąską działeczkę warzywną. sąsiedzi owi mieszkają na drugim końcu von Hrabiowitz, a tu tylko uprawiają uprawy. niestety, pomimo licznych, częstych i obfitych oprysków chemicznych "na wszystko" sąsiadowe warzywa podobno smakują okolicznym sarnom, co sąsiadów źle nastraja, w związku z czym postanowili sarny odstraszać. co roku mają wielce kontrowersyjne estetycznie pomysły na to odstraszanie, ale w tym roku to już naprawdę przesadzili, więc poszłam grzecznie spytać, czy nie mogliby zmienić techniki, bo z moich okien sytuacja wygląda tak, jak by rozsypali po okolicy przygarść odpadów. usłyszałam, że są "na prawie" oraz "u siebie", a mnie to się w oknach drzewa odbijają i zmyślam. ciąg dalszy nastąpi, a na razie ilustracja poglądowa:
pokazuję i objaśniam: od "dłuższego narożnika" - że się tak posłużę futbolową metaforą - mamy kolejno sweterek męski model zmęczony turek pure poliester, worek na odpady niesegregowane w kolorze bladego błękitu, worek na odpady niesegregowane w kolorze intensywnego błękitu oraz żaluzję okienną metalową białą. wszystko oprócz sweterka generuje efekty dźwiękowe, nie do pomylenia z szemrzącym strumykiem, gdyby ktoś miał wątpliwości.
sobota, 25 czerwca 2016
za krzywde naszo i waszo
mam ostatnio taki fetysz, że jak nie będę patrzeć, jak nasi grajo, to przegrajo. więc patrzę. a Chłopaki nie ułatwiają: dziś przez dogrywkę zużyłam trzy butelki piwa! czy oni mają pojęcie, ile posiłków będę musiała zastąpić kleikiem z odtłuszczonego siemienia lnianego, żeby odrobić taki nadmiar kalorii? (w intencji zdrowego gardła piję piwo w temperaturze pokojowej. matko, czego się nie robi dla dobra kadry narodowej).
mam też teorię, jak to jest, że nagle mamy taką dobrą drużynę. teoria powstała w oparciu o wnikliwą analizę wywiadów z naszymi zawodnikami. otóż wnikliwa analiza wywiadów z naszymi zawodnikami wykazała, że po raz pierwszy w dziejach mamy zawodników myślących, rozgarniętych, a nawet - nie bójmy się wielkich słów - inteligentnych, na co wskazują: płynność wypowiedzi, swoboda w formułowaniu zdań wielokrotnie podrzędnie złożonych i przyzwoity zasób słownictwa. nie bez znaczenia pozostają też takie okoliczności, że co do zasady nie zaskakuje ich trajektoria piłki, nad którą wręcz potrafią zapanować, czy tam takie banialuki jak wytrenowane rzuty karne czy stałe elementy gry, ale wierzcie mi - głównie górują nad wszystkimi poprzednikami elokwencją. (oraz pan Pazdan najprawdopodobniej oddał duszę diabłu, bo to jest po ludzku niemożliwe, żeby tak zawsze wyrastać jak spod ziemi na trasie napastników drużyny przeciwnej. a Szwajcarzy przegrali za karę za wahania kursu franka, bo jakaś sprawiedliwość być musi, ament!).
mam też teorię, jak to jest, że nagle mamy taką dobrą drużynę. teoria powstała w oparciu o wnikliwą analizę wywiadów z naszymi zawodnikami. otóż wnikliwa analiza wywiadów z naszymi zawodnikami wykazała, że po raz pierwszy w dziejach mamy zawodników myślących, rozgarniętych, a nawet - nie bójmy się wielkich słów - inteligentnych, na co wskazują: płynność wypowiedzi, swoboda w formułowaniu zdań wielokrotnie podrzędnie złożonych i przyzwoity zasób słownictwa. nie bez znaczenia pozostają też takie okoliczności, że co do zasady nie zaskakuje ich trajektoria piłki, nad którą wręcz potrafią zapanować, czy tam takie banialuki jak wytrenowane rzuty karne czy stałe elementy gry, ale wierzcie mi - głównie górują nad wszystkimi poprzednikami elokwencją. (oraz pan Pazdan najprawdopodobniej oddał duszę diabłu, bo to jest po ludzku niemożliwe, żeby tak zawsze wyrastać jak spod ziemi na trasie napastników drużyny przeciwnej. a Szwajcarzy przegrali za karę za wahania kursu franka, bo jakaś sprawiedliwość być musi, ament!).
czwartek, 23 czerwca 2016
wieści ze świata i z zagrody, tylko w odwrotnej kolejności
według jednej szkoły, kot to taki autystyczny piesek. według drugiej - pies to taki kotek z adhd. to ja dodam od siebie: królik to taki autystyczny kotek z neurozą i pląsawicą. królik jest miły, puchaty i pocieszny, ale totalnie incommunicado. owszem, jak wypuszczony z klatki robi salta na dywanie, domyślam się, że to oznaka radości, ale poza tym nie umiem poznać, w jakim jest nastroju, czy aby głodny lub wręcz przeciwnie. nie ulega próbom tresury - a przecież nawet kota da się przyuczyć do tego i owego! nie wydaje odgłosów i nie podejmuje prób kontaktu wykraczających poza ostrożne obwąchiwanie ręki, która ma w zwyczaju przynosić coś smacznego. to już nawet rybki są bardziej interaktywne. no dobra, może oprócz glonojadów. właśnie: królik to taki ssaczy glonojad. z pląsawicą.
najnowsze zdjęcia z randki najprzystojniejszego Toma dziesiątej muzy z amerykańską piosenkarką pokazują go dziwnie poważnym, by nie rzec zatroskanym. może mu linie lotnicze bagaż zgubiły? a może troszkę mu żyłka pęka w związku z nagłym ponadnormatywnym wzrostem zainteresowania papparazich. co do zasady to mu pewnie takie zainteresowanie nie dziwne, ale to musi być frustrujące, gdy nagle wszystkie twoje zdjęcia w plotkarskich serwisach mają podpis "nowy chłopak amerykańskiej piosenkarki". i gdzieś w trzecim akapicie (akapicie!!! ha ha ha to mi się udało! dobra, powiedzmy bardziej ogólnie: w ostatniej kolejności): "przystojny brytyjski aktor znany głównie z udziału w filmach Marvela". to nawet ja, która tzw. dorobek mam skromniutki, bym się wzięła i obraziła na cały świat, gdyby mi przypięto etykietę "żony mojego męża", a co dopiero artysta, który z definicji musi mieć wybujałe ego i adekwatne ambicje. poza tym zapoznałam się wyrywkowo z twórczością tej amerykańskiej piosenkarki i sformułowałam następujące wnioski: w wymiarze artystycznym jest dla mnie nieodróżnialna od szumu tła tak zwanego mainstreamowego rynku muzycznego. zakwalifikowałaby jej piosenki jako idealne do windy, supermarketu, klubu przy plaży, zapełniania pustki między blokami reklamowymi itp. mogłaby się spokojnie wymienić repertuarem z taką na przykład katy perry i ja bym nie zauważyła najmniejszej różnicy. ale klipy fajne - taka porządna amerykańska produkcja z solidnym budżetem i poczuciem humoru (urzekło mnie szczególnie "No animals, trees, automobiles or actors were harmed in the making of this video"). no i pani piosenkarka bardzo mi się podoba z wyglądu i wizerunkowo: bardzo miła z buzi, zgrabna, boskie nogi, a przy tym nie ocieka seksem i nie epatuje golizną (według aktualnych standardów, czyli chodzi w większości ubrana, ale nie że zaraz w golf, rozciągnięty kardigan i spódnicę do ziemi). a już najbardziej to mi się podoba, że przeważnie ma na głowie prawdopodobnie własne włosy w bardzo umiarkowanej objętości - takiej typowej dla samic homo sapiens. słodką grzywką wręcz podbiła moje serce. podsumowując, jak by się Tom zaczął prowadzać z taką na przykład Rihanną, to bym mu nie wybaczyła, ale Taylor może być (wszystkim dzieciom też powinni dać imiona zaczynające się na T, c'nie?).
wtorek, 21 czerwca 2016
wr
w czasie poprzedniego meczu Naszych Dzielnych Chłopców wypiłam za dużo zbyt zimnego piwa i jeszcze nie doszłam do siebie, a łosie dziś znowu grają i teraz nie wiem - ryzykować, że dobiję i wykończę gardło ostatecznie, czy się denerwować na sucho? bo przecież nie będę pić herbaty pod te cipsy, którymi obowiązkowo zagryzamy biało-czerwone sukcesy in potentia.
poza tym co. jakiś taki wkurw we mnie wibrująco pulsuje. jakaś taka chodzę niezadowolona, podrażniona, sfrustrowana i rozczarowana. (sprawdzałam w kalendarzu, to nie peemes). doprawdy gdybym miała policzyć, co/kto* mnie nie drażni, nie frustruje i nie rozczarowuje, to palców jednej ręki bym nie zużyła. nawet w połowie. nawet kurna w jednej szóstej.
a najbardziej mnie chyba drażni, że strasznie dużo energii - duchowej - marnuję na oczekiwanie. zamiast doceniać tu i teraz, to się na przykład martwię, jakiego (nomen omen) orła wywinie franek po brekzicie. albo gdzie Synowi znaleźć sensownego nauczyciela gry na gitarze, bo sobie umyślił od września instrumentarium rozszerzyć.
poza tym co. zjedliśmy rzodkiewkę z Boba, ale jakieś plugastwo zjadło nam fasolkę. do cna. a inne plugastwo obrabia papryczki. pomidorom pozwoliłam się za bardzo rozkrzaczyć, więc teraz nie nadążam z podwiązywaniem coraz cięższych od owoców gałązek. natomiast cukinie mają jakieś metr dwadzieścia wzrostu i mnóstwo owoców, które im gniją po osiągnięciu pięciu centymetrów długości - nie wiem od czego i jak przeciwdziałać. najbardziej zadowolone wydają się ogórki, do których podchodziłam najbardziej sceptycznie, ale wszak jeszcze wszystko może się zdarzyć i nie ma co chwalić ogonka przed zachodem, co swoją pliszkę chwali... czy jak to tam szło.
* a nie! jedna rzecz mi dziś poprawiła nastrój! mianowicie że podobno młody Bolton się rozstał z łez padołem. no wreszcie. bo od czasu jak Trzymający Drzwi został rzucony na pastwę lodowych zombiaków, chodziłam niepocieszona. (btw niezmiennie mnie bawi ten suchar: człowiek człowiekowi wilkiem, a zombie zombie zombie).
Subskrybuj:
Posty (Atom)
