czwartek, 17 września 2015
co mnie wkurza, co mnie dziwi, co mnie bawi
wkurza mnie reklama reno z Bogusiem. i ta jego maniera macho... blech
dziwi mnie, że pan premier Giertych się dziwi, że zbiera burzę po tym, jak przez lata jak opętany siał wiatr. się mu wydawało, że co? jakiś nietykalny jest? widać wzbudził jak najgorsze instynkty nie tylko w takich praworządnych jednostkach jak ja ;)
bawi mnie taki dowcip:
przychodzi baba do lekarza i mówi:
- panie doktorze, wszystko mnie wku*wia.
lekarz przeprowadza szczegółowy wywiad i wreszcie pyta:
- czy uprawia pani seks?
- a skąd, w ogóle. jestem jeszcze dziewicą.
- no to mamy chyba rozwiązanie problemu. proszę się rozebrać i położyć na kozetce.
po czym doktor z energia zabiera się za wykonywanie na pacjentce wiadomych czynności terapeutycznych. mija kilka minut, baba podnosi głowę i mówi złym głosem:
- panie doktorze, to wkłada pan czy wyjmuje? bo mnie to już zaczyna wku*wiać!
co mnie nie zabije, to mnie zmartwi
nie daję rady z tym pięknym nowym stolikiem, który robi za moje biurko. oprócz oczywistych zalet estetycznych ma bowiem dwie wady: długie nóżki i brak szuflady na klawiaturę. więc muszę pisać w bardzo nieergonomicznej pozycji. ale przecież żyjemy w gospodarce nadpodaży i ogólnego doboru, więc w czym problem. się szufladę kupi, się dokręci, będzie bosko. no.
wybór szuflad jest przeogromny. zaczynają się od 25 złotych, a kończą na czterech stówkach. są bardzo ładnie wykonane (obróbka CNC?), trwałe, ergonomiczne... sam miód. niektóre mają nawet półeczki na myszkę. a wszystkie mają ograniczniki, żeby klawiatura nie spadła ani z przodu, ani z tyłu i są przeznaczone do klawiatur o szerokości do 20-22 cm, a moja ma.... tadam! 27 cm w najszerszym miejscu. wszystko na temat.
trzeba będzie uruchomić jakąś samoróbkę, ale nie łudźmy się - nie będzie wyglądać jak cud designu, raczej jak jaskółcze gniazdo doklejone pod gzyms świeżo wyremontowanego budynku...
A. nadal unosi się na falach ogrodowej kreacji. zasugerowałam, żeby z rabatki przy wejściu usunąć jakieś bliżej niezidentyfikowane "parkowe krzaki" i dać w to miejsce róże okrywowe. krzaki miały zostać przerzucone w bardzo dogodną lokalizację między żywopłotem a jarzębinami. okazało się, że jest ich strasznie dużo, bo się rozmnożyły, i można by tam zrobić bardzo ładny, że tak powiem krzakowy łan (pasjami uwielbiam duże skupiska roślin jednego gatunku. nawet niekoniecznie tak ozdobnych jak na obrazku). ale A. uznał, że właściwie ta moja ziołowa rabatka, którą z wielkim poświęceniem kształtowałam przez większą część soboty, to taka cokolwiek bez sensu będzie... więc część krzaków wylądowała pod jarzębinami, a część w centralnej części rabatki, którą jeszcze wczoraj o tej porze nazywałam "moją ziołową". nie chciało mi się protestować - niech chociaż jedno z nas będzie zadowolone. nawet się przełamałam i poszłam rzucić okiem na dokonane spustoszenia. doszłam do miejsca, gdzie kiedyś miałam lubczyk, i zawróciłam, bo "jedno zadowolone + jedno nieświadome" jest kombinacją lepszą niż "jedno zadowolone + jedno załamane", c'nie?
środa, 16 września 2015
przypowieść o kotku
nie tam, żebym bardzo chciała ojczyzny bronić przed zachodnimi zarzutami, ale weźcie.
weźcie przygarnijcie kotka ze śmietnika. taki kotek - oprócz tego, że zapchlony i z zaropiałym oczkiem, półdziki i nieokiełznany, to jeszcze – zamiast dystyngowanie podjadać co pół godziny – żre, ile widzi, a potem wymiotuje. i mało mu tego, co dostaje do miseczki. włazi na stół, przewraca kubeł, wylizuje talerze w zlewie... no nie wytłumaczysz. co z tego, że od tygodnia dostaje regularne, zbilansowane posiłki. on tam swoje przeżył i swoje wie. i tak mijają miesiące, rok i drugi. przy dużej konsekwencji opiekuna kot w końcu zapomina śmietnikowy schemat i zaczyna się zachowywać w bardziej cywilizowany sposób, ale to musi potrwać.
otóż patrząc globalnie, to Polska jest takim śmietnikowym kotkiem. od dobrych kilkudziesięciu pokoleń oczka nam ropieją, zbieramy kopniaki i jak widzimy żarcie, to się nie rozglądamy na boki, tylko jemy na zapas. owszem, zaczynaliśmy jako wyczesany pers na kanapie życia, ale kiedy to było?! chyba za Jagiellonów i Wazów. a jak wylecieliśmy pod śmietnik, bo przyszły zabory, to ktoś się przejął, bo nie pamiętam? potem czasami dawaliśmy się nabrać, że będzie lepiej, jak nas ktoś pogłaskał, na przykład Napoleon, ale co do zasady - nie było. w ogóle lubiliśmy wierzyć, że jak nas ktoś głaszcze, to już COŚ ZNACZY. a potem się dziwiliśmy, jak nam "sojusznicy" w '39 nie pędzili z pomocą albo nami handlowali w Jałcie, mimo że przecież "nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak niewielu" itp.
ale nastąpił przełom. w 2004 zostaliśmy przygarnięci przez dobrą Panią Unię, która nas zabrała spod śmietnika i postawiła przed nosem miseczkę pełną mleka (czytaj: dotacje unijne), to i chłepczemy. tylko ta pani taka foszasta, trudno się przy niej poczuć do końca bezpiecznie. bo niby kici kici, ale zaraz "straciłeś, kotku, dobrą okazję, żeby milczeć", kiedy kotek próbował prowadzić samodzielną (choćby i głupią) politykę zagraniczną. a z kolei kiedy kotek oczekiwał "wspólnej polityki energetycznej" albo "wspólnej reakcji na wydarzenia na Krymie", to głównie słyszał "ojtam ojtam, o co tyle hałasu" i "nie możemy działać pochopnie". tak że kotek wreszcie skumał, że jak słyszy o solidarności narodów, to powinien być raczej pragmatyczny jak Brytyjczycy, niż entuzjastyczny jak.... no sama nie wiem. mały entuzjastyczny kotek?
to po pierwsze. a po drugie: nie można przez dziesiątki pokoleń budować narodowej tożsamości na hasłach, że myśmy Mesjaszem narodów łamane przez przedmurzem chrześcijaństwa, a potem od tego narodu wymagać, żeby nie był paranoiczny łamane przez ksenofobiczny. albo to, albo schizofrenia. bez żartów.
wtorek, 15 września 2015
jeszcze chwilkę ponarzekam
bo mam takie jajko: zmienić telefon, gdyż aktualny wysiada. rzecz w tym, że w zasadzie już nie ma normalnych telefonów* dla zacofanych ludzi. mój operator ma w ofercie zaledwie cztery modele z klawiaturą (i ani jednego z pełną!) ale są one tak brzydkie, że nawet ja - dizajnerska abnegatka w obszarze elektroniki użytkowej - się ich brzydzę. więc jestem skazana na inteligentny-fon. i zaczęłam porównywać urządzenia, za które jestem w stanie zapłacić, nie wzbudzając w sobie anty-elektronicznego dżihadu. i się załamałam.
czy ktoś mi może doradzić, jaki budżetowy smartfon wybrać? dzwonię, wysyłam sms-y, używam budzika, kalkulatora i stopera (do not ask). mogę lubić robienie zdjęć, ale nie mam zacięcia artystycznego (a jak sobie dziabnę pierwsze selfie, to już będzie można spokojnie nastawiać wodę na kawę dla czterech jeźdźców apokalipsy, bo znaczy, że są za winklem, tak więc nie jest mi potrzebny "aparat do autoportretów"). jak będzie mieć wi-fi, to mogę surfować, ale bez histerii, bo lubię naprawdę duże ekrany, jak w pecetach, a nie te nowomodne czteroipółcalowe gó... małe ekraniki. mój tryb życia jest stacjonarny do wyrzygania (nie mam pomysłu na żaden eufemizm, a nastrój mi konsekwentnie podupada***, więc proszę o wybaczenie), toteż mogę sobie pozwolić na taki luksus.
* kiedyś normalne były telefony stacjonarne. ja cię! moje dziecko już chyba nie pamięta, że mieliśmy takie cudo w starym domu. ale zapieprz** z tym postępem technologicznym...
** przytaczałam już tę historię? znajomy chodził do szkoły z internatem stojącej w środku dziczy i pustkowia. popołudniami młodzież nie miała tam absolutnie NIC do roboty, więc młodzieńcy po obiedzie szli spać, budzili się na kolację, po czym szli spać. i tak całą jesień i zimę. i pewnego razu jeden z nich, układając się do nieuniknionej drzemki, skonstatował: "ale zapieprz z tym spaniem"... (co jest na pewno dowodem na prawdziwość jakiejś dowcipnej tezy, ale mi akuratnie nic nie przychodzi do głowy).
*** a powinnam być pogodna i podbudowana, bo mi wczoraj jedna niesystematyczna uczestniczka zajęć jogi wyznała, iż patrzy z zazdrością, jak głębokie robię skłony i jak "płynę" przez powitania słońca... a jednak nie jestem. być może nie bez znaczenia jest tu fakt, że udało mi się wczoraj ścignąć telefonicznie naszego agenta nieruchomości, co to jeszcze miesiąc temu obiecywał jesienną ofensywę promocyjną i że na pewno do końca listopada sprzedamy dom. się niestety okazało, że panu w życiu coś nie wyszło, przeprowadza się na śląsk i zmienia branżę. wspominałam, że w pośrednictwie nieruchomości ludzi o poważnym podejściu do wykonywanej pracy jak na lekarstwo? chyba nawet mniej. westch.
poniedziałek, 14 września 2015
jajka nigdy się nie kończą
jest taka gra komputerowa - a w każdym razie powinna być - która polega na łapaniu do koszyczka spadających jajek. jajka mają różne rozmiary i kolory, spadają w nierównych interwałach i nieregularnych odstępach. ale przede wszystkim, ile by się ich nie złapało, wciąż lecą nowe.
samo życie. ciągle łapię jajka: śniadanie, kanapki do szkoły, obiad, kolacja, włączyć zmywarkę, praca, pranie, zakupy, śniadanie, koty zaszczepić, praca, kanapki do szkoły, wywiadówka, obiad, wywabić plamy na doboku, kolacja, rozładować zmywarkę, sprawdzić pracę domową, sprzątnąć szkło z potłuczonej szklanki, śniadanie, praca, obiad, zakupy, rejestracja do lekarza, kolacja, praca, sprawdzić nową ofertę na internet, śniadanie, kupić nowy bidon, praca, obiad.... czasami pełny koszyczek sprawia mi autentyczną satysfakcję (i jeszcze wyprasuję koszulki na wuef, niech stracę) a czasami, chociaż chyba za rzadko, machnę ręką i patrzę, jak jajko się rozbija (obiad? nie ma, ale możesz sobie zrobić jajecznicę). bo w sumie co, jajka i tak nigdy się nie kończą...
ale to nie dlatego mi smutno.
w sobotę mieliśmy dzień ogrodowy. zaczęliśmy od wyjazdu do szkółki, a potem do zmroku kopaliśmy, wsadzaliśmy i przesadzaliśmy. rozmawialiśmy o szpadlach, końcówkach do węża, najpierw przekop między jagodami, a ja w tym czasie wykopię wrzosy, to się je tu przerzuci, a piwonie pójdą w miejsce nagietków... nie rozmawialiśmy o tym, co to znaczy. że w sumie to się poddajemy. już nie wierzymy w swój świetny plan i zachowujemy się tak, jakbyśmy mieli mieszkać w kochanym domku na zawsze. i nie chodzi o to, że nam tu źle. chodzi o to, że się poddajemy. rezygnujemy. przestaliśmy wierzyć. to mnie gniecie.
jak kochać to księcia, jak kraść to miliony, jak się poddawać - to od razu łamiąc szablę na kolanie. więc w ten dzień ogrodowy - a wrzesień mamy piękny tego roku - machnęłam ręką na swoją wizję ogrodu. A. szczęśliwy jak rzadko zakupił dwa docelowo wielkie drzewa (wybierz, które ci się podobają, kochanie), które będą rosły pośrodku moich rabatek (no jak uważasz, że tu będzie dobrze, to wkop). zupełnie nie tak, jak chciałam, ale jak już być w dołku, to im głębiej, tym lepiej, prawda?
aż dziw, że mimo wszystko na świecie zdarzają się rzeczy tak piękne.
samo życie. ciągle łapię jajka: śniadanie, kanapki do szkoły, obiad, kolacja, włączyć zmywarkę, praca, pranie, zakupy, śniadanie, koty zaszczepić, praca, kanapki do szkoły, wywiadówka, obiad, wywabić plamy na doboku, kolacja, rozładować zmywarkę, sprawdzić pracę domową, sprzątnąć szkło z potłuczonej szklanki, śniadanie, praca, obiad, zakupy, rejestracja do lekarza, kolacja, praca, sprawdzić nową ofertę na internet, śniadanie, kupić nowy bidon, praca, obiad.... czasami pełny koszyczek sprawia mi autentyczną satysfakcję (i jeszcze wyprasuję koszulki na wuef, niech stracę) a czasami, chociaż chyba za rzadko, machnę ręką i patrzę, jak jajko się rozbija (obiad? nie ma, ale możesz sobie zrobić jajecznicę). bo w sumie co, jajka i tak nigdy się nie kończą...
ale to nie dlatego mi smutno.
w sobotę mieliśmy dzień ogrodowy. zaczęliśmy od wyjazdu do szkółki, a potem do zmroku kopaliśmy, wsadzaliśmy i przesadzaliśmy. rozmawialiśmy o szpadlach, końcówkach do węża, najpierw przekop między jagodami, a ja w tym czasie wykopię wrzosy, to się je tu przerzuci, a piwonie pójdą w miejsce nagietków... nie rozmawialiśmy o tym, co to znaczy. że w sumie to się poddajemy. już nie wierzymy w swój świetny plan i zachowujemy się tak, jakbyśmy mieli mieszkać w kochanym domku na zawsze. i nie chodzi o to, że nam tu źle. chodzi o to, że się poddajemy. rezygnujemy. przestaliśmy wierzyć. to mnie gniecie.
jak kochać to księcia, jak kraść to miliony, jak się poddawać - to od razu łamiąc szablę na kolanie. więc w ten dzień ogrodowy - a wrzesień mamy piękny tego roku - machnęłam ręką na swoją wizję ogrodu. A. szczęśliwy jak rzadko zakupił dwa docelowo wielkie drzewa (wybierz, które ci się podobają, kochanie), które będą rosły pośrodku moich rabatek (no jak uważasz, że tu będzie dobrze, to wkop). zupełnie nie tak, jak chciałam, ale jak już być w dołku, to im głębiej, tym lepiej, prawda?
aż dziw, że mimo wszystko na świecie zdarzają się rzeczy tak piękne.
piątek, 11 września 2015
niespodziewane korzyści
Juniorowy histeryczny opór wobec konieczności suplementowania lekcji gry na klawikordzie codziennym kwadransem ćwiczeń (który może w części wynikać z faktu, że rok szkolny zaczął mu się od rzewnego przeboju "Dopóki jesteś", ale w części wynika na pewno z naturalnej trudności w przestawianiu się z całodobowej laby na dobę wypełnioną w większości obowiązkami) doprowadził A. do stanu, kiedy pękła mu żyłka i w miejsce liberalnych zasad, jakie zaproponowałam pierwszego września, a uprawniających Juniora do codziennego marnowania jednej godziny przed telewizorem i dwóch kwadransów przed komputerem, wprowadził zamordystyczną politykę: tyle ślęczenia przed monitorami, ile ćwiczenia na klawikordzie. (już myślałam, że nie dojadę do kropki).
w praktyce oznacza to, że w ciągu doby Junior jest w stanie "zarobić" bez rozlewu łez i wyrywania włosów z głowy dość czasu, żeby zgrać na komórkę z jutuba pieśń o kamieniu z napisem lof, czy jakoś tak. (którą to okoliczność ignoruję beznamiętnie, bo potem i tak nie słucha tego badziewia, tylko Pixies z kompaktu. aczkolwiek zbliżam się powoli do momentu, kiedy na pierwsze dźwięki Caribou będę wyłączać korki).
ale co to ja miałam... acha. zanim A. wprowadził swój okrutny reżim, Junior jadał kolację wpatrzony w telewizor, w którym zawsze na jakimś kanale po dziewiętnastej znajdzie się jakieś kreskówki (tu mesydż do autorów Fineasza z tym drugim oraz Boba Gąbki - chyba macie w mózgu jakieś robaki, bardzo dużo robaków. dziękuję za uwagę). a teraz musi siedzieć przy stole i jakoś zawsze tak naturalnie wokół talerza z kanapkami pojawiają się nam różne gry planszowe i karciane. i wokół tych gier nasza nuklearna rodzinka każdego wieczora się pasjami integruje.
niestety, przy kolacji nie ma dość czasu i miejsca na Monopoly. no i w Dobble chłopaki już nie chcą ze mną grać, bo chociaż moja przewaga stopniowo topnieje, to jeśli nie są w zmowie, wciąż pozostaje miażdżąca, co im źle robi na ego. ale za to ostatnio jakimś wielkim a niespodziewanym cudem po raz pierwszy w życiu wygrałam wszechrodzinne miszczostwa w warcabach. natomiast w Farmera mam strasznego pecha, bo ciągle mi wypada wilk na zmianę z lisem. w Chińczyku to mi różnie idzie. w Bitwie Ortograficznej jestem niepokonana. w Skarble muszę się zdrowo nakombinować, żeby mnie A. nie zjadł...
ogólnie bawimy się pysznie wszyscy troje, więc chociaż nie wiem, jak dalej będzie z klawikordem, to nie narzekam.
czwartek, 10 września 2015
i na co to komu, ale tak serio serio?
w naszym telewizorze - już rocznym, żaden szpan - niezmiernie irytuje mnie fakt, że ponieważ ma różne inteligentne funkcje, jego uruchamianie się trwa dłużej niż słynne rozgrzewanie kineskopu Rubina. bo on sobie musi wszystko wczytać - tłumaczy mi za każdym razem A., który okazuje urządzeniu anielską cierpliwość, jakiej nie ma na przykład dla futrzaków.
no więc ma ten telewizor inteligentne funkcje, ale nie ma na przykład guziczków, żeby można sobie kanał przerzucić, jak mi baterie w pilocie padną, a w sklepie na wiosce akurat zostały tylko zwykłe AA. i to jest niby postęp?
teraz czytam, że wynaleźli ludzie inteligentny termostat, który się komunikuje z inteligentnym kluczem do drzwi i jak człowiek przekręci ten inteligenty klucz w zamku (który ma pewnie kompleksy, bo jest najgłupszym elementem wyposażenia wnętrz w całym budynku i nikt się nie chce do niego dosiadać na stołówce), to inteligentny termostat od razu wie, że trzeba ustawić w domu preferowaną przez człowieka temperaturę. co człowiekowi oszczędza jakieś 2 do 3 cennych sekund życia, które normalnie musiałby poświęcić na samodzielne ustawienie termostatu. ale założę się, że to cudownie inteligentne urządzenie nie ma guziczka ani pokrętełka, żeby można sobie temperaturkę ciut podkręcić, jeśli jest akurat mróz i człowiekowi się odrobinkę zmarzło...
jednakowoż! co ja głupia mam za problemy. przecież szczęśliwy posiadacz inteligentnego klucza i inteligentnego termostatu na pewno nie porusza się komunikacją zbiorczą (żeby miał zmarznąć na przykład na przystanku), ani nie chodzi z dzieckiem na sanki, tylko jak już to wybywa pozjeżdżać na desce z lodowca i w hotelowym apartamencie na pewno ma odpowiednio dopasowaną temperaturę... jeżu kolczasty, jakie ja mam jednak plebejskie podejście do przełomowych innowacji i postępu technologicznego... nic tylko wejść pod stół i przykryć się wycieraczką ze wstydu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)