czwartek, 15 października 2015
o?!
nareszcie na pudełku napisali o kimś, kogo znam. w sensie, że "znam nie tylko z pudelka" ;)
refleksję mam taką, że na miejscu zdradzonej żony nie chciałabym, aby cały świat czytał spowiedź mojego męża i w pewnym sensie uczestniczył w moim dramacie. dowiedział się, jaka była moja reakcja. czy płakałam, co powiedziałam. jedno zło się stało, kiedy mąż ją zdradził. potrzeba jeszcze teraz drugiego zła? przecież to jest upokarzające - tak się dzielić z obcymi ludźmi najintymniejszymi szczegółami życia... uwielbiam pana Piotra jako aktora i lektora (ten głos! ach, ten głos!). nie mam pojęcia jakim jest człowiekiem, ale przykro mi, że dał się namówić na promowanie swojej biografii takimi nowoczesnymi, brudnymi metodami. wolałabym, żeby tajemniczo i z klasą, przyznał - jeśli już musiał - że miał romans i odmówił dalszych komentarzy. a nie przebijał się na ten rynek, który żyje spekulacjami na temat, czy jakaś doda lub inna pi*da miała majtki na showcośtamawards czy nie miała.
poza tym pada bez przerwy. zawarłam z kotami konsensus: one się nie tarzają w glinie, ja nie robię nic gorszego niż wytarcie im brudnych łap i mokrego futerka ręcznikiem.
wtorek, 13 października 2015
w nocy minus cztery
potentegowało się z aurą: jeszcze miesiąc temu były upały, a tu nagle mróz. u Mamy wczoraj padał śnieg, a dziś rano jeszcze leżał w ogródku - nie miał od czego stopnieć. i to bardzo niedobrze, bo jest susza, więc te parę mililitrów wilgoci na metr kwadratowy bardzo by się przydało.
u nas też zasadniczo susza, chociaż nad ranem nieco popadało. akurat na tyle, żeby na ulubionej przez koty grządce glina rozmokła w stopniu gwarantującym przyklejenie się do łapek biegnących zwierzątek, dzięki czemu udało im się zrobić brązowy gliniany wzorek na tarasie oraz od drzwi do misek (potem zostały przechwycone i wykąpane. koty, nie miski. pomimo głośnych protestów. w sumie nie wiem, co gorsze: siarczyste mrozy od połowy października czy długa dżdżysta jesień z regularnym praniem dwóch futrzaków).
co jeszcze... klawikord: coś około tuzina setek. kurs gry na klawikordzie: po 20 peelenów za godzinę lekcyjną. głębia irytacji przy codziennym zaganianiu Juniora do ćwiczeń: niezmierzalna. ale to uczucie, gdy proponuje "mamo, ja będę grał zwrotka - refren - zwrotka - refren, a ty śpiewaj, dobra?" i wykonujemy w duecie na całe gardło Gimme Gimme Gimme: bezcenne!
co jeszcze... jak wyglądają trzy pudełka klocków po godzinnym starciu z osobowością prawie-obsesyjną? ano mniej więcej tak:
i niech mi teraz spróbuje city/ninjago wymieszać z hero factory - ze skóry obedrę! (najtrudniej się wciska ludzikom dłońki w nadgarstki. dopasowywać garderoby i wyrazów twarzy nawet nie próbowałam. jakbym była całkiem obsesyjna, to bym musiała, nie? zawsze to jakaś pociecha).
uau, ależ jestem multimedialna ;P
poniedziałek, 12 października 2015
tytuł posta (nic mi nie przychodzi do głowy)
posłaliśmy Juniora na polibudę - niech się wdraża od skorupki. w sobotę odbyła się uroczysta immartykulacja* (indeksy imienne - pełna kultura. bardzo doceniamy, a inicjatorce się Order Uśmiechu należy). imprezę uświetnił odziany w togę i biret Jego Magnificencja, z berłem i wszystkimi szykanami. Junior był bardzo przejęty, kiedy berło spoczęło na jego ramieniu, a wszyscy prorektorzy uścisnęli mu małą dłoń :) A. strzelał fotki jak szalony. a ja to się nawet wzruszyłam, wyobrażając sobie, że może za paręnaście lat będziemy w tej samej auli przyglądać się, jak Junior odbiera dyplom inżyniera...
skoro już wypadliśmy do Miasta, chciałam załatwić sprawunki w księgarni językowej. hmmm, powiem tak - się jednak świat zmienia. miałam bowiem w głowie obraz księgarni językowych w ścisłym centrum dużego miasta sprzed dziesięciu lat i przeżyłam szoczek poznawczy. primo, połowy z nich już nie ma. secundo, reszta z nich w zasadzie nie ma asortymentu. chyba funkcjonują jako punkty odbioru zamówień składanych przez internet, a jak gupia pani ze wsi sobie chce ofertę przejrzeć, to sorki, nie u nas (czyli właściwie nigdzie).
w niedzielę Junior zainaugurował kurs pływania. oglądałam z trybun, bo mnie bierze jakieś choróbsko. A. w ogóle został w domu, bo go bierze jakieś choróbsko. młody natomiast pokonał osiem długości basenu w 45 minut (na makaronie, stylem takim raczej rozpaczliwym, ale podziwiam go za upór i wytrwałość), wyszedł do szatni z sinymi ustami i pomimo natychmiastowej termicznej reanimacji w nocy zaczęło go brać jakieś choróbsko. dziś jesteśmy wszyscy na obserwacji i zobaczymy, kto choróbsko przewalczy, a kto ulegnie.
jeśli chodzi o ten mecz z Irlandią, co to się wszyscy bardzo cieszą, jest super: lubię, jak się wszyscy cieszą**. to taka miła odmiana :)
*"prawdziwi" studenci mają teraz indeksy elektroniczne, to co im rektor wręcza na immartykulacji? hasła dostępu???
** nieważne, że powód bez sensu.
środa, 7 października 2015
wiersz biały
ale w modnej bieli łamanej lub brudnej. taki off-white. prawie szarość.
idzie jesień
żyć mniej chce się
tak nie mam nic do napisania, że aż dziw bierze. to nic się nie dzieje? no coś tam się dzieje, ale takie to dzianie niefotogeniczne...
czytam Bez litości Jamesa Scotta i zgadzam się z recenzentem: jest jak u Hitchcocka. zaczyna się od trzęsienia ziemi (zima u schyłku XIX wieku, północ stanu Nowy Jork. po czterech miesiącach pracy w mieście matka, brnąc przez śniegi, wraca do farmy na odludziu z prezentami dla pięciorga dzieci. na miejscu zastaje dom dziurawy jak rzeszoto od kul i zwłoki męża oraz czworga dzieci), a potem napięcie rośnie (i ja się boję czytać dalej, bo mam wrażenie, że wszystkich spotka coś złego, a chociaż wiele wskazuje na to, że właściwie prawie wszyscy zasłużyli na karę, to i tak się boję).
wtorek, 6 października 2015
jeżu (kolczasty), jak się cieszę!
szary pimpek poszedł w dobre ręce! ufff :) jeszcze jedna dobra nowina na ten tydzień. chwilowo musi wystarczyć.
[a na demotywatorach po jednej stronie reklama podsuszanej kiełbasy, a po drugiej reklama lepszej polski sygnowana przez miłościwie panującą. taki smutny znak czasów].
poniedziałek, 5 października 2015
szczęście niejedno ma imię
pojechaliśmy do parku rozrywek wodnych do ościennego powiatu (nazwijmy go Wtorek), bo chociaż jest tak samo oddalony jak park rozrywek wodnych w Mieście, to jedzie się do niego o połowę krócej, ponieważ się jedzie, a nie stoi w korkach i na światłach. i dlatego, że chociaż zapewnia mniej rozrywek niż park w Mieście, to nie jest tych rozrywek aż trzy razy mniej, a bilety wstępu są owszem trzy razy tańsze.
nosiliśmy się już od pewnego czasu z zamiarem uporządkowania Juniorowych kwalifikacji okołowodnych, bo chociaż "nurkuje jak na olimpiadzie" i pasjami wykonuje różne podwodne akrobacje, to jednak wciąż z jedną ręką zatykającą nos i w ogóle tak raczej od oddechu do oddechu niż, powiedzmy, na jakimś sensownym dystansie pływackim. i otóż trafiliśmy akurat na niedzielne zajęcia szkółki pływackiej! próbując znaleźć realny termin regularnych wyjazdów na basen, nawet nie marzyłam, że szkółka prowadzi zajęcia w niedzielę. a prowadzi! Junior co prawda oponował, że "nie jest zainteresowany" i "przecież umie pływać", jednak sprowadziłam go na ziemię wywarczanym przez zęby (bo naprawdę potrafi się zachowywać jak najbardziej irytujące wszystkowiedzące modele nastolatków, a gdzie mu tam panie jeszcze do nastoletniości? czy on w ogóle dożyje nastu lat, jak mi będzie tak na nerwy działać?) "to przepłyń jedną długość kraulem i nie ma sprawy". zamilkł, więc pobrałam ulotkę i od najbliższej niedzieli będzie uczęszczał.
bardzo się cieszę, bo oprócz takich oczywistych korzyści jak nieumieranie Babci na zawał za każdym razem, kiedy powierzony jej opiece Junior zanurza się w akwenie razem z głową (w minione wakacje podobno umierała, ale że upał panował niemiłosierny, to nie umiała mu odmówić wycieczek nad wodę), mam też korzyść nieoczywistą: zyskaliśmy stały punkt niedzieli, wokół którego będziemy organizować całą resztę. każdy inny dzień ma taki stały punkt i to jest dobre. dobre, bo daje rytm i narzuca porządek (oraz zwalnia od wymyślania co tydzień od nowa: a co będziemy dziś robić? wiadomo, że przynajmniej przez 20 minut siedzieć w jaccuzi).
piątek, 2 października 2015
wchodząc w zbędne szczegóły. albo nie.
szarego kocura oddam - wciąż, jeszcze, znowu - w dobre ręce.
albowiemż "właściciel", nad którym słusznie nie chciałam się rozwodzić, gdym o nim ostatnio wzmiankowała, doprowadził Bulgota (aka Fikander, Budda... co tam kto zapamiętał) do stanu poważnego odwodnienia i lekkiego przeziębienia. ale się mały doturlał do naszego tarasu i został wzięty pod opiekuńcze skrzydła. takiego wała, że go znowu odniosę.
chwilowo mam więc trzy koty, z których dwa piszczą z zazdrości, a trzeci bulgocze (optymistycznie zakładam, że jest to etap pośredni między syczeniem i warczeniem z jednego końca skali kocich odgłosów a mruczeniem i zdrowym kocim miau-gadaniem z drugiego końca). Siostrze już zapowiedziałam, że jak nikogo innego nie znajdę, to ją Bulgotem uszczęśliwię. protestuje, ale dość słabo, więc może się uda...?
pewnej pani z jednego z dużych półwyspów na kontynencie Ameryki Północnej (Kalifornia? Jukatan? słaba jestem z geografii) się nasz dom podobno spodobał. się uprasza o trzymanie kciuków. i może by ktoś chciał szarego kocurka? fajny jest. trochę się na ludziach zawiódł, więc aktualnie nieco wystrachany, ale fajny. anybody?
Bulgot:
Bulgot z Likaonem:
Subskrybuj:
Posty (Atom)


