środa, 10 czerwca 2015
jaki ten świat mały
i nie wiem, czy to jest dobrze. bo oto mały ptaszek donosi, że tacy jedni, co to się Domkiem zachwycali i niemalże nazajutrz chcieli z walizkami wjeżdżać, poddali się badaniu zdolności kredytowej, które ujawniło, że ją mają na poziomie 65% naszej "best price", a w dodatku nie dysponują żadnym wkładem własnym (pewnie wydali na wybajerowany wóz sportowy. całkiem nowy, czerwony wóz sportowy. to powinno było dać nam do myślenia). i jak po takiej informacji traktować poważnie pozornie poważnych ludzi? no jak?
trochę popadało, wiec dam ostatnią szansę dyniom, patisonom, kabaczkom i cukiniom. wrzuciłam nasionka do ciepłej wody na zatrybkę. po południu lub jutro pójdą do gruntu. w weekend ma być szalone trzydzieści stopni, więc może coś w końcu wykiełkuje. będę dziady regularnie podlewać, a jak to nie pomoże, to w przyszłym roku kupuję gotowe flance, bo doprawdy! ja tu mam plany, przepisy na przetwory i dania do spożycia na bieżąco, a przyroda się nie raczy odrobinę wysilić?
wtorek, 9 czerwca 2015
minimalizm
czytam minimalizm po polsku napisany przez panią, która prowadzi tego bloga. nie, nie będę recenzować, tylko powiem, że w ogólnym zarysie się zgadzam (forma mnie chwilami męczy, ale kto przeczytał dowolny poradnik i nie był zirytowany formą, niech pierwszy rzuci kamieniem), a już w szczegółowych rozwiązaniach widzę, że autorka rysuje drogę, która mnie się podoba, którą idę od paru lat i która jest w związku z tym mojsza niż twojsza ;)
no bo tak: staram się wyrzucać zbędne przedmioty i nie nabywać nowych. mam miejsce dla każdego przedmiotu i każdy przedmiot na swoim miejscu (to cudowne uczucie, gdy zawsze wiadomo, gdzie są nożyczki). od lat prowadzę w notesiku zestawienie bilansowe, w którym odnotowuję wszystkie przychody i większe wydatki. nasz dom jest niezagracony (oglądacze oraz pt. klienci mówią "minimalistyczny" i nie jest to efekt home stagingu tylko zdrowe status quo). nie mam tableta i smartfona i nie wiem, co by musieli marketingowcy wymyślić, aby mnie przekonać, że ich potrzebuję. (w ogóle mogłabym robić etatowo za największy koszmar marketingowców: zatruwałabym im życie, nie ulegając najbardziej dopracowanym i przemyślanym kampaniom, zabiegom i podstępom). najchętniej nosiłabym jedne buty przez cały rok (szczerze mówiąc: kapcie). nie robię kompulsywnych zakupów ciuchowych. i jeszcze chcę nam wybudować mniejszy dom, bo jestem przekonana, że jako domorosła ergonomka* level:expert urządzę go mega wygodnie, a każdy metr kwadratowy mniej, to (uwaga: odkrycie!) metr kwadratowy mniej! (do kredytu, do sprzątania, do ogrzewania...). i ogród też chcę mieć mniejszy, żebym mi nie ciemniało w oczach na myśl o ogromie roboty, jaka jest w nim do wykonania. dojrzałam do tego, że nie muszę osobiście uprawiać wszystkich roślin, które lubię i które mi się podobają. dużą część mogę oglądać w ogrodzie botanicznym ;) a samochodu nie zmienię na nowszy, dopóki korsunia jakoś ciągnie.
w sumie: pod wieloma względami jestem minimalistką. a pod tymi, pod którymi nie jestem, też pewnie kiedyś będę.
a z bloga pani Anny można trafić w różne fajne miejsca. póki co nie drążyłam zbyt głęboko, ale tam gdzie doszłam, tam przytaknęłam.
*żeńska forma od ergonoma (specjalisty w dziedzinie ergonomii). pomyślałam, że najwyższy czas, aby ją stworzyć. i voila!
poniedziałek, 8 czerwca 2015
w poniedziałek, w poniedziałek ja nie mogę, bo rozmawiam z szefem
(co mnie właściwie obchodzi, czy Lolek jest emerytowanym kierowcą rajdowym czy byłym księgowym mafii? bo otóż moja nadzieja potrzebuje paliwa, a na bazie strzępków życiorysu tworzy sobie domniemany profil preferencji lokalowo-geograficznych i albo wierzy, że będzie dobrze, albo się martwi, że będzie źle. a jak nie ma danych wejściowych, to stoi z głupio rozdziawioną gębą i mnie dekoncentruje).
odbyłam z szefem półgodzinną rozmowę telefoniczną. dżizus, jaka jestem zmęczona... w sumie to poruszyliśmy sporo ważkich, choć pozornie błahych kwestii - od porządku dziobania w redakcyjnym stadzie i panującą w nim atmosferę, przez ostatnie wybryki krogulca i przesunięcie terminów wypłat, aż po najnowsze nowinki w zbyt szeroko pojętej nauce (oraz garść zakamuflowanych komplementów pod adresem mojej solidnej pracy. bez łaski - sobie odkamufluję). nawet wyposażyłam szefa w argumenty, żeby mi wydziobał podwyżkę, bo moje kłapanie dziobem na odległość przez siedmiu pośredników to wiadomo, jakie jest skuteczne.
mówiąc - dla odmiany - krótko, była to najbardziej owocna z naszych konwersacji, ale jakby tak wyrzucić wszystkie szefowe cmoki, mlaski i pełne namysłu pauzy, to potrwałaby pięć do siedmiu minut i byłabym teraz równie pełna energii jak jestem jej pusta. ale nie powiem, odkąd szef cały czas powtarza, że "naprawdę państwa rozumiem", to chociaż nie wiem, kim są ci pozostali ja, czuję się mile podłechtana ;) i takie mi się ciepło w okolicy serca rozlewa, że szef co prawda temperament ma jak pomrów, ale jest miły jak winniczek.
niedziela, 7 czerwca 2015
dorośli, ale niekonwencjonalni
Czarls przedstawił się "Lolek". tyle. żadne tam "jestem Lolek. Lolek Bond". jak w podstawówce: Lolek i cześć. Lolkowa wymamrotała coś w stylu Dżejsika czy może Renata? ciężko stwierdzić. też jak w podstawówce. albo może jak wśród szpiegów kontrwywiadu?! żadnych nazwisk? (bo co? bo jeszcze ich wygóglam i...? i? wyda się, że w dwa tysiące czwartym wrzucili do sieci sekstaśmę?).
ale nie czepiajmy się nieistotnych szczegółów.
Lolek i Dżejsika okazali się takimi raczej pokerzystami: niby im się podoba, ale części ciała nie urywa... no fajnie, że salon nie za wielki, bo po co to komu. no i dobrze, że na pstryczkach od rolety nie ma strzałek. niestety, kartki z pytaniami zapomnieli z domu zabrać, ale luz - najwyżej zadzwonią i dopytają. najbardziej mnie zdziwiło, że absolutnie nic o sobie nie powiedzieli - normalnie ludzie opowiadają: o dzieciach, o pracy, o planach, o zmęczeniu hałasem, o trasie dojazdu do pracy, o preferencjach kolorystycznych. ogólnie: o sobie, o sobie i jeszcze trochę o sobie. a Lolek z Dżejsiką nic. może są objęci programem ochrony świadków i wzięli sobie do serca zalecenia oficera prowadzącego, żeby zerwać z przeszłością? wysypali się tylko, że mieli dom powierzchni ponad 400 metrów i to nie było wygodne (jak cię mogę! czterystu? to ile dni trwało jednorazowe zamiatanie podłóg?). zakończyli wizytę uśmiechniętym "no nic, to nie ciepłe bułeczki, trzeba się będzie zastanowić" oraz serdecznym "do usłyszenia".
po serii bliskich kontaktów z rozentuzjazmowanymi paniami, których entuzjazm nie znajdował pokrycia w niczymkolwiek, ich wstrzemięźliwość wydała mi się niczym świeży powiew... hm... świeżości. w ramach świadomej pielęgnacji efektu konfirmacji zakładam, iż jest to zapowiedź autentycznego zainteresowania oraz ostrych negocjacji. no bo skoro mieli przygotowaną kartkę z pytaniami, to raczej nie jeżdżą po wystawianych na sprzedaż domach z powodu braku pomysłu na długie letnie popołudnia (jak typowi oglądacze), tylko rzeczywiście zamiarują nieruchomość kupić. wyraźnie pomniejszali lub kwitowali jako oczywistą oczywistość kwestie, które można by ewentualnie postrzegać jako mankamenty Domku (typu: we wnętrzach z duuuużymi przeszkleniami trzeba w upały zasłaniać okna), więc są raczej "na tak". Lolek wirtualnie samochody do garażu wstawiał (to "mniejsze" – jakaś dłuuuga limuzyna, oczywiście zapomniałam obczaić znaczek – mu się zmieści, ale "większe" chyba nie) oraz kładł duży nacisk na instalację rtv, bo "sport ogląda" (a! czyli jeszcze z czymś osobistym się wysypał! może to jest trop? emerytowany sportowiec? oni młodo na emeryturę przechodzą. ale to beznadziejny trop: o ile nie jest bońkiem, to go nie znam, a boniek chyba nie dostał na chrzcie Czarls?), a zatem wyraźnie przymierzał się do Domku. i takie tam drobiazgi, które nie muszą o niczym świadczyć. ponieważ jednak muszę mieć nadzieję albo zwariuję, to uznaję, że mam podstawy do nadziei.
jak Lolek nie oddzwoni do piątku, to mi przejdzie i dla odmiany się sfrustruję. bu.
p.s. bo zapomniałam odnotować, że Australijczyk doniósł, iż zaliczył wypadek, w efekcie którego stracił mobilność, i póki co jest raczej w czarnej du*ie, jeśli chodzi o przeprowadzanie się z jednego końca świata na drugi i ciężko stwierdzić, kiedy ta smutna sytuacja może ulec zmianie na lepsze. bu oraz bu.
sobota, 6 czerwca 2015
to sobie pooptymalizowałam
bardzo dużo "czasu wolnego w weekend" spędziłam jako szofer. bo się tak złożyło, że A. postanowił stjuningować komputer stacjonarny, podłączając do niego czytnik kart pamięci ze starego aparatu, żeby zgrywać fotki, co je Junior będzie strzelać w czasie wakacyjnych wojaży. i tak tjuningował, że się nagle wzięło i wściekło, a ekran zamiast przechodzić z eleganckiej czerni w okienkowy błękit pokazywał jeno Detecting IDE Drives...
ze strony skruszonego A. padła propozycja, że to on popróbuje poprzełączać kabelki i może "się" naprawi, ale mając świadomość skarbów, które skrywam na twardym dysku (kurdę, dorobek zawodowy 14 lat, w dużej części bez kopii zapasowych, i niech ten, co ma kopie zapasowe wszystkich ważnych rzeczy, pierwszy rzuci kamieniem), i jeszcze mając wizję, jak mi te skarby razem z dyskiem idą z dymem (bo w kabelkach pływa prąd, a prąd może s p a l a ć różne rzeczy), weszłam płynnie w tryb królowej krainy biernej agresji i zarządziłam wyjazd do nadwornego informatyka jej wysokości. (i bardzo dobrze, bo to jest mąż mojej przyjaciółki, a jesteśmy na tym etapie życia, że bez pilnego pretekstu ciężko znaleźć okazję, żeby się spotkać. szczególnie, że się przeprowadzili na drugą stronę Miasta).
akurat żeśmy czekały (po tej drugiej stronie Miasta), aż ekspres wypluje kawę, gdy zadzwonił jeden Czarls, co szuka domu. jak miło, prawda? chciał normalnie zaraz przyjeżdżać oglądać, ale go sprowadziłam na ziemię, że jest dłuugi weekend i ludzie zażywają wywczasu poza miejscem stałego zameldowania, w tej liczbie i ja z resztą domowników. Czarls więc umilał nam wizytę u przyjaciół, dzwoniąc raz po raz i dopytując o rozmaite szczegóły, aż wreszcie o dokładne koordynaty nieruchomości, bo on tu jest w von Hrabiovitzach!, gdyż przyjechał obejrzeć okolicę! i by okiem rzucił z zewnątrz! ale domu nie widać!
po powrocie A. zapuścił kosiarkę, czym dał znać sąsiadom męskiej proweniencji, że jest na ogrodzie i mogą podejść do płota, aby mu zdać relację, co się działo pod naszą nieobecność. co też - przewidywalni jak głodne pisklęta (które nie potrafią trzymać dzioba na kłódkę, wiadomo) - uczynili. wiemy więc, jaką Czarls ma fryzurę, jakie ma auto i o co wypytywał jednego z nich. a od drugiego wiemy nawet, ile to wypytywanie trwało. (bosz, gdziekolwiek będziemy jeszcze w życiu mieszkać, chcę mieć takich sąsiadów. i mówię to bez przekąsu ani ironii.świadomość, że wokół domu działa dyskretny i bezawaryjny monitoring daje mi plus 50 do poczucia bezpieczeństwa, kiedy sobie w środku nocy uświadamiam, że jestem sama z dzieckiem na chacie, a chyba znowu nie zamknęłam garażu...).
jak można wywnioskować, resztę dłuugiego weekendu od czasu telefonu Czarlsa do teraz poświeciliśmy głównie na home staging - poziom podstawowy. no, z małą przerwą na uświetnienie przez Juniora festynu wieś obok bardzo udanym występem na klawikordzie. byłam tradycyjnie dumna jak paw i na krawędzi histerii ze wzruszenia, że oto Moje Dziecko tak pięknie gra. ech...
ale do brzegu: jutro Czarls przyjeżdża z małżonką, a A. będzie znowu cały dzień na fabryce, wiec podejmuję ich solo i każde zaciśnięte kciuki będą mile widziane. ament.
środa, 3 czerwca 2015
optymalizacja
naprawdę potrzebuję parę razy dziennie rzucić mózgowi jakąś sieczkę na pożarcie, żeby mi sprawnie pracował nad profesorskimi wypocinami. a ponieważ zdaje się, że internety niepokojąco się kurczą do fejsunia, zaczęłam wczoraj szperać (z odrazą i obrzydzeniem) i znalazłam chłopaków z MakeLifeHarder, którzy mnie szczerze bawią. w dodatku zdaniami wielokrotnie złożonymi.
następnie zabrałam się za swoją rozchwierutaną* psychikę. bo przyjeżdżają ci ludzie bez sensu i nadziei oglądać ten nasz Domek, a ja potrzebuję konkretów. i potrzebuję ich teraz. a chyba nie wspominałam, że dwa tygodnie temu pan z Antypodów zagadnął mailowo, czy Domek dalej na sprzedaż. odesłaliśmy mu odpowiedź i... nic. czy wręcz Nic, a może nawet NIC. zero odpowiedzi, null. toteż wysłałam panu maila ponaglającego, żeby się określił czy kupuje i kiedy, bo ja tu muszę grafik urlopów wypełnić, raz-raz, prawda. jak to go nie zmotywuje, żeby odpisać chociaż "jeszcze myślę", to już nie mam pomysłu.
i jeszcze tylko parę godzin, a zajmę się optymalizacją alokacji zasobu "czas wolny w długi weekend" w kategoriach "dla Juniora", "dla Seniora" i "dla mnie"**.
*ku mojemu bezbrzeżnemu zdziwieniu słownik nie podkreślił, że błąd. czyli jest takie słowo! ( rozchwierutać - poruszając czymś rozruszać, rozluzować coś; rozkiwać), a ja przez tyle dekad myślałam, że mam do czynienia z leksykalnym dziwem typu orsiutka***!
** A. ma nocny dyżur na fabryce, więc trzasnę sobie nocny seans Avengersów. widok uśmiechniętego Lokiego z "Halabardą Zagłady" u boku jakoś tak dobrze mnie nastraja...
*** tak się w moim rodzinnym domu mówi na to, co zostaje z chleba, jak się odkroi skórkę. hipotetyczna geneza: od środka - od śródka - odśródka - ... - orsiutka (no bo przecież nie orsiódka? to by wyglądało gorzej niż gżegżółka)
poniedziałek, 1 czerwca 2015
więcej niż zero
weekend mieliśmy pełen wrażeń. na przykład Princzipessa raczyła wyskoczyć na płaski dach garażu przez zbyt szeroko uchylone okno dachowe w pralni. ponieważ nie umiała wrócić do domu tą samą drogą, straciła tytuł "najinteligentniejszego kota w tym domu", a nawet przydomek "bardzo inteligentnego kota". niestety, namówienie jej do skoku z wysokości ponad trzech metrów jakoś nie wydawało się nam realne, więc dobry pan musiał pokonać lęk wysokości i latać za zwierzątkiem po dachach, mrucząc przez zaciśnięte gardło "jak ja kocham te wasze kotki" na zmianę z "następnym razem ją strącę grabiami" oraz mnóstwem niecenzuralnych wyrazów.
przez pół weekendu wmawialiśmy Juniorowi, że na dzień dziecka dostanie wafelek od loda (bo tak), a przez następne pół patrzyliśmy, jak się cieszy z wymarzonego samopału pneumatycznego. natomiast przez ostatnie ćwierć spożywaliśmy węglowodany. bardzo dużo węglowodanów. chociaż uczciwie trzeba przyznać, że Junior część z nich spalił, skacząc na dmuchańcach i zażywając innych rozrywek tego typu na wesołym miasteczku. mieliśmy jeszcze w planach koncert Lady Pank - zasponsorowany przez sponsorów z okazji święta Gminy - aleśmy nie przetrwali energetyzującego inaczej występu grupy Manchester (ki diobeł? jakieś straszne smęty).
w międzyczasie opędziliśmy wizytę dwóch kompletów potencjalnych kupców kochanego Domeczku (prawie to już na mnie nie robi wrażenia, widać?). pierwsi państwo mają rozbieżne preferencje - pan by chciał się wprowadzić do gotowego domu, a pani wybudować własny - ręcami pana, który "i tak nie pracuje, to ma czas". niepracowanie polega na współprowadzeniu firmy z żoną, więc nie wiem, jak to jest z tym czasem. dom się podoba, acz państwo są nastawieni na negocjacje do nierealnego poziomu, więc nie spodziewam się szczęśliwego zakończenia.
drudzy państwo - bardzo eleganccy, w taaaaaakim mercedesie! - robili objazd po nieruchomościach wokół Miasta i chyba zbyt mocno ulegli złudzeniu planowania, w związku z tym przyjechali mocno spóźnieni i przebiegli przez nasze włości truchtem i z lekkim ku*wem w oczach. nie sądzę, żeby zarejestrowali chociaż przygarść z serwowanych przeze mnie szczegółów na temat licznych zalet, rozwiązań ergonomicznych i tem podobnych. bardziej się skupiali na tym, że już muszą lecieć. wróżę, że przy takim podejściu to nie szybko znajdą coś, co im się podoba i odpowiada. bo nawet jak na to trafią, to w pośpiechu miną i polecą dalej... ech, młodzi... ;)
a najważniejszym wydarzaniem weekendu było pojawienie się na świecie JJ'a. jest słodki, ma śliczne paluszki i zamyślony wyraz buzi, kiedy śpi (czyli póki co niemal bez przerwy). witaj na świecie, Maleńki :)
przez pół weekendu wmawialiśmy Juniorowi, że na dzień dziecka dostanie wafelek od loda (bo tak), a przez następne pół patrzyliśmy, jak się cieszy z wymarzonego samopału pneumatycznego. natomiast przez ostatnie ćwierć spożywaliśmy węglowodany. bardzo dużo węglowodanów. chociaż uczciwie trzeba przyznać, że Junior część z nich spalił, skacząc na dmuchańcach i zażywając innych rozrywek tego typu na wesołym miasteczku. mieliśmy jeszcze w planach koncert Lady Pank - zasponsorowany przez sponsorów z okazji święta Gminy - aleśmy nie przetrwali energetyzującego inaczej występu grupy Manchester (ki diobeł? jakieś straszne smęty).
w międzyczasie opędziliśmy wizytę dwóch kompletów potencjalnych kupców kochanego Domeczku (prawie to już na mnie nie robi wrażenia, widać?). pierwsi państwo mają rozbieżne preferencje - pan by chciał się wprowadzić do gotowego domu, a pani wybudować własny - ręcami pana, który "i tak nie pracuje, to ma czas". niepracowanie polega na współprowadzeniu firmy z żoną, więc nie wiem, jak to jest z tym czasem. dom się podoba, acz państwo są nastawieni na negocjacje do nierealnego poziomu, więc nie spodziewam się szczęśliwego zakończenia.
drudzy państwo - bardzo eleganccy, w taaaaaakim mercedesie! - robili objazd po nieruchomościach wokół Miasta i chyba zbyt mocno ulegli złudzeniu planowania, w związku z tym przyjechali mocno spóźnieni i przebiegli przez nasze włości truchtem i z lekkim ku*wem w oczach. nie sądzę, żeby zarejestrowali chociaż przygarść z serwowanych przeze mnie szczegółów na temat licznych zalet, rozwiązań ergonomicznych i tem podobnych. bardziej się skupiali na tym, że już muszą lecieć. wróżę, że przy takim podejściu to nie szybko znajdą coś, co im się podoba i odpowiada. bo nawet jak na to trafią, to w pośpiechu miną i polecą dalej... ech, młodzi... ;)
a najważniejszym wydarzaniem weekendu było pojawienie się na świecie JJ'a. jest słodki, ma śliczne paluszki i zamyślony wyraz buzi, kiedy śpi (czyli póki co niemal bez przerwy). witaj na świecie, Maleńki :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)