poniedziałek, 13 kwietnia 2015
inauguracje maskujące
w piątek zainaugurowaliśmy sezon obiadów na tarasie, a w sobotę sezon prac ogrodowych (ja z motyką, bo A. już wcześniej jakieś opryski odprawiał). i spędziliśmy dwa wieczory, piekąc kiełbaski nad ogniskiem.
i pięknie, gdyby nie fakt, że przez całą tę sielanka raz po raz przegryza mi się złość. bo to nie tak miało być. w drugiej połowie kwietnia mieliśmy się pakować do wyprowadzki. i co z tego, że nam się tu bosko mieszka, skoro ja miałam inne plany. Wszechświat słyszy? do ciebie mówię, dziadu!
nie chce mi się gadać z tego wszystkiego.
piątek, 10 kwietnia 2015
ważne wydarzenie poznasz po tym, że pamiętasz, co wtedy robiłeś
no to chronologicznie:
1. A. poznałam w kolejce po gofry w barze nad jeziorem, bo M. chciała poderwać jego kolegę. (lipiec 1994)
2. wiadomość o ataku na WWT dotarła do mnie, kiedy zrobiłam sobie przerwę w myciu okien. pierwsze, co pomyślałam: no naprawdę, muszą ciągle puszczać jakieś tanie filmy katastroficzne... tylko czemu w czasie specjalnego programu informacyjnego? i na wszystkich kanałach ten sam? potem już tych okien nie dokończyłam. (11 września 2001)
3. o tym, że jestem w ciąży, dowiedziałam się (intuicyjnie), wylewając na kompost kawkę z mlekiem (strasznie mi zaśmierdziała i musiałam się jej natychmiast! pozbyć z domu) (początek kwietnia 2005)
4. wiadomość o wypadku siostry odebrałam, czekając na A. pod skupem złomu. musiałam potem wyjechać na ulicę tyłem z takiej wąskiej bramy i prawie sama od razu spowodowałam następny wypadek. (20 sierpnia 2009)
5. akurat jechałam do poradni psychologicznej, żeby pogadać z fachowcem o moim ruchliwym synku, kiedy radio podało informację o katastrofie pod Smoleńskiej. panie w recepcji mi nie uwierzyły. (10 kwietnia 2010)
acha:
0. mama mi powiedziała o śmierci ojca, kiedy jadłam śniadanie w tłusty czwartek. był to jedyny tłusty czwartek, kiedy nie zrobiła pączków. (26 lutego 1987)
trochę mało tych ważnych wydarzeń jak na prawie cztery dekady życia. a jak u Ciebie?
czwartek, 9 kwietnia 2015
po wahadle
prawie zmęczyłam Wahadło i przypomniało mi się, od czego zaczęło się moje zaczytywanie w dziełach na temat templariuszy, masonów i iluminatów. jednak nie zrozumiałam i chciałam zgłębić temat. teraz też nie zrozumiałam, ale pfff. przez ponad 600 stron faceci uganiają się za mitami, legendami i czarami, gdy tymczasem temat został podsumowany już na stronie 366:
"Pim, nie ma archetypów, istnieje ciało. Brzuch w środku jest piękny, bo rośnie w nim dziecko, wdziera się radośnie twój ptaszek, wpada smakowite jedzonko, więc dlatego są piękne i ważne pieczary, wąwozy, szyby, podziemia, a nawet labirynty, które zupełnie przypominają nasze poczciwe i święte kiszki, i kiedy ktoś ma wymyślić coś ważnego, wydobywa się to właśnie z brzucha, gdyż ty też się z niego wziąłeś w dniu swoich narodzin i płodność zawsze wiąże się z jakąś dziurą, w której coś najpierw gnije, a potem pojawia się mały Chińczyk, daktyl, baobab. Ale góra jest lepsza niż dół, bo kiedy stajesz na głowie, krew uderza ci do niej, bo nogi śmierdzą, a włosy mniej, bo lepiej wleźć na drzewo i zbierać owoce niż skończyć pod ziemią i tuczyć robaki, bo rzadko robisz sobie coś złego sięgając w górę (miałeś właśnie iść na strych), a zwykle robisz sobie krzywdę spadając. no więc góra jest anielska, a dół diabelski. Ponieważ jednak jest również prawdą to, co powiedziałam przedtem o moim brzuchu, prawdziwe są obie rzeczy, piękny jest dół i środek w jednym sensie, a w innym góra i wierzch i nie ma tutaj nic do rzeczy duch merkuriusza ani powszechna sprzeczność. Ogień grzeje, a z zimna dostajesz zapalenia oskrzeli, zwłaszcza jeśli jesteś mędrcem sprzed czterech tysięcy lat, a więc ogień ma tajemne przymioty, i jeszcze dlatego, że można na nim ugotować kurę. Ale zimno konserwuje tę samą kurę, a jeśli dotkniesz ognia, zrobi ci się pęcherz, o, taki wielki, jeśli więc myślisz o czymś, co zachowuje się od tysiącleci, jak mądrość, powinieneś wyobrażać ją sobie na szczycie górskim, wysoko, wysoko (a widzieliśmy, że jest to dobre), ale i w pieczarze (która też jest dobra) i w wiecznym chłodzie tybetańskich śniegów (co jest wprost wyśmienite). A jeśli chcesz wiedzieć, czemu mądrość przybywa ze wschodu, nie zaś z Alp szwajcarskich, to powiem ci, że ciało twoich przodków rankiem, kiedy się budziło jeszcze po ciemku, patrzyło w stronę wschodu z nadzieją, że wstanie słońce i nie będzie padać, co za czasy".
czy trzeba dodawać, że to piękne streszczenie wszystkich mistycznych bajdurzeń autor wkłada w usta kobiety? no bo my jesteśmy racjonalistki.
u nas w domu też jest trochę jak u Eco. A. mnie leczy z bólu głowy bioenergią swoich rąk, przy uporczywej migrenie na wszelki wypadek odczynia uroki przy pomocy jajka i zapałek. odbywam też regularne szkolenia z prawidłowych technik mantrowania, przytulania się do dębów i szybkiego reagowania na próby rzucenia uroku przez dotknięcie włosów. serio, serio. znoszę to w milczeniu i z uśmiechem, bo dla kochającego człowieka to jest betka. nawet jeśli mu sceptycyzm, agnostycyzm i parę innych yzmów wycieka wszystkimi porami.
[idzie wiosna, świat się robi piękny]
środa, 8 kwietnia 2015
chełpię się
jedno Pachole z von Hrabiowitz ma w szkole problemy z jedynym słusznym językiem obcym. matka Pacholęcia prośbą i błaganiem zmusiła mnie, by tuż przed bardzo ważnym sprawdzianem przeprowadzić z Pacholęciem doszkalanie. czasu nie było zbyt wiele, bo rozjazdy, święta, treningi, a poza tym: co pomoże jedna godzina wobec czterech lat zaniedbań?
doszkoliłam jednak, a potem z biciem serca czekałam na wynik. dziś dzwoni matka pacholęcia: nooo, pani Regino, informuję, że dostała pani szóstkę odjąć! pani nauczycielka jest w szoku, bo Pacholę miało dotychczas głównie jedynki i dwójki.
jestem dumna z Pacholęcia. z matki mniej, boszkurdę komu ona gratulacje składa?! jeśli ja się chełpię tą szóstką, to jak chełpiłoby się Pacholę - raz w życiu przez matkę pochwalone? ech, ludzie...
piątek, 3 kwietnia 2015
brzydkie słowa
skubas przywodzi na myśl skrzyżowanie skurczybyka z przydupasem, nie? ale jest jedno jeszcze gorsze: gastrofaza. nie wiem, czy figuruje w jakimś oficjalnym słowniku, ale kojarzy mi się z ostrymi objawami bardzo poważnego zatrucia pokarmowego, z obu stron równocześnie.
niewyspana jestem, bo czasami kiedy właśnie wygaszam fale alfa, A. lubi mnie zasypać wnioskami z rozważań na temat różnych naszych problemów dnia codziennego. zasypie mnie i odpływa, a ja niestety wchodzę w tryb analizy. i po spaniu. brzydkie słowo!
czwartek, 2 kwietnia 2015
kolejne psychosomatyczne coś
kochany pamiętniczku,
oczywiście już jest kilka dni po fakcie, ale w czym to przeszkadza? poza tym nie histeryzujmy z tym blogowaniem w czasie rzeczywistym. "tyle" się dzieje, że naprawdę trudno nadążyć. na przykład ostatnio dużo konwersuję z panami z biura obsługi klienta z najlepszej firmy telekomunikacyjnej (one wszystkie tak o sobie mówią, nie?). takie konwersacje mają i dobre, i złe strony. złe to ich powody, czyli różne tam usterki, bo na przykład tak wiało, ale to tak wiało, że mi się ruter z serwera wylogował i już myślałam, że się internet zepsuł i trzeba będzie przy świeczkach siedzieć. a dobre są takie, że otóż odkryłam, że połączenie się z konsultantem zajmuje mi zaledwie minutę, z czego przez 50 sekund wstukuję odpowiedni kod, który weryfikuje moją tożsamość. to już nie to co kiedyś, jak się godzinami słuchało vivaldiego... natomiast drugie pozytywne odkrycie mam takie, że moja komórka ma zasięg przy biurku w gabinecie! wydaje się to geograficznie niemożliwe, taki samotny punkt dobrego zasięgu akurat w tym miejscu, jak maleńka wyspa na oceanie braku sygnału, a jednak.
ale przecież ja nie o tym chciałam.
przednówek: (w tym miejscu dużo różnych brzydkich słów) i akurat ten moment niejaki Benjamin F. raczył był uznać za optymalny, żeby jeszcze przy zegarkach majstrować. a mnie tak przemawia do wyobraźni ta jedna zabrana godzina snu, że dwóch tygodni potrzebuję, aby odreagować. nieważne, że przecież sypiam po 10 (dziesięć!) godzin na dobę. i tak jestem rozbita i rozmemłana, cierpię na spadek formy zawodowej i chce mi się czekolady.
środa, 1 kwietnia 2015
prima aprilis
serwis informacyjny mnie poinformował, że jakiś nieznany mi człowiek - pewno celebryta - zaprojektował dla znanej nawet mnie firmy produkującej odzież i obuwie sportowe (bosz, jaka jestem hiperpoprawnie niekryptoreklamująca) "buty, które rozeszły się w dziesięć minut".
ja jestem ze wsi. naprawdę przez prawie tyle samo czasu myślałam, że co oni tam w Nike (ups!) kontroli jakości nie mają? czy te buty miały być na suchą bieżnię i klej puścił, jak ktoś wyszedł na rosę?
...
zostawiliśmy Juniora u babci na przedłużone ferie świąteczne. strasznie w domu cicho, pusto i posprzątano. normalnie nie ma takiego blatu, na którym by nie leżały rysunki przedstawiające piratów podczas abordażu, ostrą wymianę ognia między Sokołem Milenium a myśliwcami Imperium albo chociaż wiosenny pejzaż (o dziwo); ludzików lego w całości i podzespołach; szklanek z wodą (jak w Znakach się czasami czuję); wielbłądów origami itp. itd. a tu nagle pełno nas, a pusto jakoby nikogo nie było. czuję się nieswojo.
zadzwoniłam do młodego łosia z kwietniowym żartem. uwierzyły moje słodkości, że nam się koty rozmnożyły w nocy. i bardzo były rozczarowane, że to blaga.czyli jednak nie zrozumiał, co to znaczy sterylizacja?
Subskrybuj:
Posty (Atom)