poniedziałek, 23 marca 2015
o muzie
lubię muse od czasu showbizu. chłopacy trzymają poziom muzycznie i - no co, to też ważne! w szołbiznesie - mają wielce zgrabne siluety (nie było takiego słowa do przed chwilą).
p.s. przeprowadziłam pobieżny przegląd (przesłuch) wcześniejszych płyt chłopaków z hrabstwa Devon (serio, z hrabstwa Devon, dobrze, że nie z Dewonu) i nie będę się wymądrzać o rozwoju artystycznym, inspiracjach czy też gatunkach, bo od tego są inni ludzie (którzy tak dalece nie mają pomysłów, co robić w wolnym czasie, że roztrząsają i wypisują w podpunktach, czym się różni thrash metal od death metalu oraz glam rock od hair metalu, słowo harcerza. musi u nich często pada w niedzielne popołudnia i do galerii handlowych mają daleko, ale nie o tym). chłopaki coś ewidentnie mają do formacji zbrojnych, wojskowości i militarystów. może któryś miał tatę podoficera, co robił w domu drugie koszary, albo wracając od dziewczyny do akademika zbierał bęcki od elewów pobliskiego westpointu? ewidentnie coś tam jest na rzeczy, uprzedzenie uporczywe i nawracające jak kompleks Edypa.
p.p.s. elementarz drugoklasisty mnie wykończy nerwowo. tym razem (po niesławnych opaskach dla dziewczynek) mieliśmy krzyżówkę z hasłem "poranne ćwiczenia" i Junior nie mógł nic wymyślić, a mnie do głowy przyszedł tylko seks. o co chodziło łosiom?
niedziela, 22 marca 2015
syzyfowa robota
oto minął cały tydzień przemyślnie skomponowanych dwudaniowych obiadów dla naszej rodziny. zbilansowanych gorących posiłków, obejmujących dania jarskie i mięsne, zawierające warzywa, owoce, produkty zbożowe i nabiał etcetera. w różnych odmianach i kombinacjach.
i nic mnie tak nie frustruje jak świadomość, że mimo wszystkich przeszłych wysiłków w tym tygodniu znowu od nowa codziennie będziemy głodni i znowu od nowa trzeba coś dla nas gotować.
sobota, 21 marca 2015
sobota
Juniorowa sekcja klawikordu w domu kultury miała dziś dzień występów. czułam się jak na castingu do zespołu weselnego. królował repertuar budki suflera i golców, ale tak grajek graje, jak instrument daje... (i tak swoją drogą żąmiszelżar nie trąci wioską ani odrobinę mniej)
skoro o wiosce mowa: za oknem wiosna, a ja się nurzam w blogach mieszczuchów wybyłych na kresy, gdzie żyją w zgodzie z rytmem natury, hodują kozy i warzą sery. aż nachodzi mnie myśl, że ech! sama bym się przeprowadziła na wioskę, zahodowała jakąś gadzinę i te de. ups, przecież już mieszkam na wiosce! i hoduję dwa likaony, które stwarzają spore problemy logistyczne przy wszelkich wyjazdach dłuższych niż na jeden dzień, a naturę lubię najbardziej wtedy, kiedy jest słonecznie, ale nie za gorąco i nie ma przy niej za dużo do roboty.
tyle (w odpowiedzi na pytanie Juniora, ile jeszcze, zanim nastanie jego "czas na komputer").
piątek, 20 marca 2015
z notatnikiem wśród zwierząt
likaon, pomimo dziesięciu miesięcy na karku i całkiem sporej głowy, pozostaje wciąż koteckiem o bardzo małym rozumku. (pomijam bezskuteczność naszych wysiłków pedagogicznych, a przecież nie wymagamy wiele: 1. kotecki nie wchodzą na stół w jadalni; 2. kotecki nie wchodzą na blat w kuchni. sankcje: natychmiastowa zsyłka do ogródka. princzipessa to skumała w dwa dni i nawet wykazała się czymś na kształt myślenia abstrakcyjnego, przenosząc zasady z blatu kuchennego w Gawrze do nowego domeczku).
no więc kotecek o bardzo małym rozumku stara się aktywnie uczestniczyć w życiu domu i rodziny. szczególnie, że wierzy, iż większość naszych działań ma służyć jego rozrywce i uciesze. a już na pewno zamiatanie. miotła jest lepsza niż wszystkie myszki i piłeczki razem wzięte. i taka niezawodna: jak się kotecek przyczai w kuwecie i znienacka na nią skoczy, to zawsze wraca, żeby znowu wkoło kuwety potańczyć... stała, jak nie przymierzając Plancka.
pojawienie się miotły inspiruje likaona do nowych pomysłów, ale dziś kotecek przeszedł samego siebie. zmiotłam bowiem piasek, okruszki i kłaki z kuchni, spod stołu w jadalni, z przedpokoju i okolic kuwety na zgrabny kopczyk i odwróciłam się po szufelkę, a gwiazda w tym momencie wyciągnęła się jak długa - centralnie na kopczyku śmieci.
a mówią, że kotecki to czyste zwierzęta.
czwartek, 19 marca 2015
o potrzebach, różnicach i nietolerancji
mam takie skromne potrzeby. żebyśmy byli zdrowi, mieli poczucie bezpieczeństwa psychicznego i materialnego i żebym nie musiała pracować więcej niż osiem godzin dziennie (wliczając rozwieszanie prania i lepienie pierogów*).
wcale na przykład nie potrzebuję wakacji na mauritiusie. w ogóle mam bardzo sceptyczny stosunek do podróży, a szczególnie egzotycznych. wojciech c. na przykład chwali sobie kraje trzeciego świata, gdzie panuje - w odróżnieniu od europy - wolność i nikt się nikomu w nic nie wtrąca. myślę sobie, że taka "wolność" jest bardzo fajna, kiedy się jest zdrowym i względnie zamożnym mężczyzną w sile wieku, optymalnie bezdzietnym. wtedy się można nie przejmować, że "wolności" wszystkich ludzi wkoło nie ogranicza nic oprócz, powiedzmy z grubsza, ich wewnętrznego poczucia przyzwoitości. bardzo wątpię, czy będąc drobną blondynką z kilkuletnim pacholęciem (i załóżmy, że bez A.), czułabym się w tym trzecim świecie tak samo komfortowo, jak pan podróżnik. a nawet z A. bym się pewnie wciąż obawiała salmonelli w jedzeniu przygotowywanym według norm behape opartych jedynie na tradycji i wewnętrznym poczuciu przyzwoitości, kierowców, którym za potwierdzenie umiejętności wystarcza własna głęboka wiara, że przecież je mają oraz ewentualne poczucie przyzwoitości, itp. itd. no taka jestem zaściankowa, co ja poradzę.
poza tym jak patrzę na tych ludzi, którzy sobie zamieszkują resztki dżungli i rozmaite malownicze wyspy, to myślę, że jednak nie byłoby dobrze, gdybym się z nimi spotkała twarzą w twarz. bo mam taką niepohamowaną potrzebę, żeby ich czymś walić po głowach. no bo jak tak można nie chcieć niczego zmieniać? cholera, człowieku, dobrze ci jest tak kucać nad dymiącym w oczy ogniskiem i dzień w dzień jeść niesoloną skrobię? i o takim życiu marzysz dla swoich dzieci? serio? no bo jak tak, to naprawdę dzieli nas przepaść - nie wiem, czy ona jest cywilizacyjna, czy jak ją zwać. ale olbrzymia. (oraz mam ochotę czymś cię walnąć w łeb, żebyś się ocknął). natomiast jeśli nie jest ci dobrze i nie takiej przyszłości życzysz swoim potomkom, no to weź coś zrób. po prostu nic mnie na tym świecie tak nie irytuje, jak ludzie marnujący swoje kruche i krótkie życie, na siedzenie na ławeczce pod kioskiem, kucanie pod szałasem w dżungli czy spanie gdzieś na chodniku zatłoczonego miasta trzeciego świata - gdzie tam ktoś akurat wylądował.
może jestem niesprawiedliwa. może mi się błędnie wydaje, że każdy może i powinien spróbować zmienić coś na lepsze. i że ma szanse na sukces. dobrze, że sobie znalazłam mężczyznę, który myśli tak samo. dzięki temu zgodnie się wkurzamy, jak na przykład oglądamy jakiś program o czarnej afryce. i tam te umęczony kobity latają kilometrami po wodę ze studni, najlepiej jeszcze z dzbankami na głowach, a faceci w tym czasie skręcają się z nudów, w oczekiwaniu na kolejny zachód słońca, po którym się nareszcie zrobi na tyle chłodno, że ogarnie ich ochota, żeby machnąć kolejnego dzieciaka. i razem pomstujemy, że to jest niewiarygodne, że im nie przyjdzie do głowy wykopać własną studnię. wtedy A. mówi, że on by nie mógł tak siedzieć i patrzeć, by się zawziął i dokopał do wody (ja mu wierzę. dokopał by się). a im to do głowy nie przyjdzie. nie mają łopat? mają czas, niech sobie z czegoś zrobią. nie mają cegieł na ocembrowanie? mają czas, niech sobie ulepią z gliny. nie mają gliny? niech się przejdą po okolicy, pewnie znajdą...
my byśmy poszli szukać.
* dlatego nie lepię pierogów.
środa, 18 marca 2015
no już, już
wczoraj się trochę porozczulałam nad sobą, a nawet obdzwoniłam najbliższą rodzinę z informacją, że jestem biedna i mam alergię, niech mnie ktoś przytuli. bardzo sprytnie udało mi się połączyć mazgajenie z równoczesnym wyparciem. bo przecież to jest absolutnie wykluczone, żeby w czterdziestej wiośnie życia zapadać na taką chorobę. przecież ja tu mieszkam prawie na łonie natury, oddycham niezanieczyszczonym powietrzem prosto z lasu, a z PT alergenami* to się na imieniny zapraszamy i na krzestnych dla naszych dzieci bierzemy. no ludzie.
taka postawa nie jest jednak konstruktywna i donikąd nie prowadzi. nie byłabym więc sobą, gdybym nie zrobiła Planu, który oczywiście rozwiąże wszystkie moje problemy (a właściwie problemiki, gdy je tak ustawić w odpowiedniej perspektywie: wylosować z chorób właściwie nieuleczalnych alergię, to naprawdę nie jest wielka tragedia, ogarnij się kobieto!).
na początek zamierzam się pozbyć wirusa z gardła, a żeby nie rozmieniać na drobne energii potrzebnej organizmowi do samoleczenia, reszcie przypadłości będę poświęcać tylko tyle uwagi, ile trzeba, żeby jakoś łagodzić najbardziej uciążliwe skutki (na przykład złażącą z nosa skórę i niemożność spania bez oddychania). mam do tego całe pudełko kolorowych pigułek i sprejów. na jednym stoi napisane, że środek można stosować często i długo. przysięgam na zgrabne paluszki Juniora! nie tam, że trzy razy dziennie po dwie dawki przez maksymalnie 10 dni, tylko "często i długo". no nie wiem, czy to mi nie zostawia zbyt dużej swobody interpretacyjnej, zważywszy, że środek przynosi ulgę gdzieś na pół godziny.
* na hasło "synku, ja chyba też mam alergię" Junior zareagował bezbłędnym "oby nie na koty!". oby!
wtorek, 17 marca 2015
ładne kwiatki
czy lekami na alergię można indukować alergię?
bo zaniosłam do lekarza nos ze zwykłym katarem, a po kilku dniach naiwnego stosowania się do zaleceń mam katar, który, jak się okazuje, spełnia różne fikuśne kryteria kataru alergicznego. włącznie ze swędzeniem w uszach.
jeszcze się łudzę, że to może jakiś tajemniczy wirus. albo ten no, katar naczynioruchowy. to by chyba było mniejsze zło?
nie mam więcej przemyśleń. ament.
(...)
aabonie, mam! to już nie można mieć normalnej anginy? tylko wirusa w gardle i alergeny w nosie? no weź, Wszechświecie, ja nie chcę. jeszcze mnie oko zaczęło swędzieć! chyba, żeby mnie wpędzić w paranoję.
i naprawdę marna pociecha, że dziś w poczekalni nie było pani, która mi ostatnio opowiadała, jak załatwiała pogrzeb swojej mamusi (szpital na B. to wykańczalnia, patolodzy siedzą w kieszeni firm pogrzebowych, koszty pogrzebu są skalkulowane tak, że co do grosza pochłaniają zasiłek z ZUSu, a jeszcze jest taka firma*, co pośredniczy w przelaniu zasiłku z ZUSu do firmy i sobie za to pobiera 150 zł prowizji!).
* przyjmuję takie wieści bez mrugnięcia okiem. w końcu nie urodziłam się wczoraj, żebym się miała zaraz dziwić, czy coś.
Subskrybuj:
Posty (Atom)