środa, 14 stycznia 2015

przepełzany tydzień


jakoś słaba jestem. zasadniczo wszystko ogarniam (pfff, też mam co ogarniać: nerwowe poranki, praca, obiadki, pranie... zieeew) ale raczej pełznę przez ten tydzień, niż kroczę. być może odreagowuję trzytygodniową przerwę (w normalności), która mnie wybiła z rytmu i teraz muszę się weń wbić. a może podświadomie magazynuję energię na potem? i lecę na jakimś starym akumulatorze, co mu się ciągle żółta kontrolka świeci, ostrzegając, że zaraz się wyładuje?

więc tak sobie pełznę, ale tylko mnie to dziwi, a mogłoby przerażać. pamiętam całe miesiące życia przepełzanego w bezpodstawnym przerażaniu. pamiętam, że miałam tylko tyle siły, żeby zrobić w danym dniu jedną rzecz: na przykład lbo wyjść do warzywniaka, albo na pocztę. pamiętam, jak stanęłam w wejściu do wielkiego marketu i tak strasznie zachciało mi się płakać, że wykonałam w tył zwrot i wróciłam do domu, przez telefon tłumacząc A., że ja po prostu nie mogę tam wejść między regały, nie wiem dlaczego.

boże, jak to było dawno. i jak dobrze, że minęło. wzięło mnie na wspominki.... blech




wtorek, 13 stycznia 2015

jeszcze o sucharach

Spojrzałam dziś na moją absolutnie najulubieńszą piosenkę GnR pod kątem fryzjerskim. i co się okazuje? że otóż z perspektywy kilku dekad bruneci co do zasady jakoś wyglądają, natomiast reszta... spuśćmy zasłonę milczenia. albo w ogóle jakąś zasłonę. przypadek? czy może mieli color-coded sztaby wizażystów i bruneci lepiej trafili?

no ale dosyć tych staroci. pozostając jednak przy fryzjerstwie: Junior znowu zapuszcza włosy, tylko w tym roku nie chce już wyglądać jak Gotye, a jak ten wokalista. trzeba dziecku przyznać, że ma gust. na jego miejscu też bym chciała wyglądać jak ten chłopiec ;)

i mam jeszcze taką obserwację longitudinalną (jest takie słowo!), że młodsze pokolenia gitarzystów nie mają już imperatywu, żeby trzymać gitarę na poziomie kuśki. tak się jakoś wypośrodkowują między podpasznym stylem lat sześćdziesiątych a długorękim Slashem.







poniedziałek, 12 stycznia 2015

i chciałabym, i boję się


zrobiliśmy kolejną rundę po nieruchomościach gruntowych i mamy na oku nową działkę. jest kształtna, dobrze zorientowana i uzbrojona. gdyby to była kobieta, wzbudzałaby zachwyt, szacunek i postrach. ponieważ jest działką, te górnolotne przymiotniki oznaczają jedynie, że jest prostokątna, z wjazdem od północy i przyłączami wody, gazu, kanalizacji i prądu. pan właściciel bardzo operatywny i połapany (chociaż nie wiem, czy miał świadomość, jak mnie skutecznie kompletował, powtarzając raz po raz: a pani to widzę po pytaniach, że się doskonale orientuje w temacie. no masz.)

wchodzę powolutku, acz konsekwentnie w tryb inwestycyjny*, więc puchnie mi notesik z zapiskami na temat badań geotechnicznych gruntu itp. ale jeszcze się trzymam w cuglach, bo tyle rzeczy zależy nie ode mnie... dla ukojenia starganych nerw rozrysowuję projekt nowego domeczku w bloku milimetrowym. dla równowagi przypominam sobie, że budowanie domu to nie tylko cud tworzenia, ale ogłupiające formalności, nieustanna walka z materią ożywioną w postaci handlowców i budowlańców, logistyczne urwanie głowy, permanentny stan kryzysu finansowego, łamigłówki przestrzenno-techniczne, adrenalina i kortyzol na poziomie niebezpiecznie zbliżającym się do granic wytrzymałości organizmu...  łaaa...



* przez co nabieram wielkości i pędu jak Lady Sybil wchodząca w tryb diuszesy.



[...] czy radość może być nostalgiczna? bo mnie to zdecydowanie wypełnia nostalgiczną radością. raz, że bardzo pod nóżkę, dwa, że Axel to jeden z najseksowniejszych głosów ever niezależnie od dyskusyjnej zawartości merytorycznej jego przekazu, a trzy - przepraszam, bo to zabrzmi okrutnie - że patrząc na niego należy się cieszyć, iż na przykład Kurt się nigdy nie zdążył zestarzeć.



piątek, 9 stycznia 2015

powtarzam się


No więc TO ... to jest jak stać w muślinach na skraju pustyni pod zamglonym słońcem, które przez wiele godzin nagrzewało powietrze do granic ludzkiej wytrzymałości. Rozłożyć szeroko ramiona i poczuć na skórze ukłucia setek ziarenek piasku niesionych przez gorący wiatr. Żadnej ulgi, tylko intensywność wrażeń.




uparcie i skrycie


jesteśmy racjonalni i elastyczni*, więc w poszukiwaniu nowego miejsca życia (czyli działki pod nowy) otwieramy się na wszelkie opcje. zaczęliśmy nawet rozważać przeprowadzkę na drugą stronę Miasta i dalej. i wtedy przeszył mnie dreszcz. że ja nie chcę. mam takie fajne życie tutaj. od praktycznej strony wydreptałam sobie wszystkie ścieżki i na wszystko mam odpowiedź prostą: gdzie z oponą do wulkanizacji, do którego weta z likaonem, w jakich godzinach pracują apteki. co ważniejsze, widzę, że "tutaj" daje poczucie bezpieczeństwa Juniorowi, który ma swoich przyjaciół w szkole, swoją nauczycielkę od klawikordu i noworoczne postanowienie, że zda na zielony pas. długo by opowiadać.

mam cudowne życie. pewne rzeczy będą się w nim zmieniać - Junior będzie rosnąć - i to jest dobre**. pewne rzeczy będą się zmieniać niestety - jak licznik świeczek na moim torcie urodzinowym ;) pewne rzeczy zmienię osobiście - na przykład dom*** z dwukondygnacyjnego na parterowy. ale chciałabym, aby pewne rzeczy pozostały niezmienione: chcę się starzeć z A., chcę robić psa z głową w dół z Mariolką, chcę chodzić po swoich wydreptanych ścieżkach...****


* w obliczu szaleństwa na rynku nieruchomości A. podjął mężną decyzję o rezygnacji z pszczół. myślę, że dały mu do myślenia zachwyty licznych P.T. klientów, którzy oglądając dom, regularnie wpadali w zachwyt nad jego twórczością. a przecież się nie rozerwie: albo twórczość, albo pszczoły.
 
** pisząc to, poczułam się jak Stwórca, który szóstego dnia spojrzał na świat i po prostu musiał stworzyć człowieka, żeby go ktoś wreszcie pochwalił za kawał dobrej roboty.

*** potem znowu będę musiała w nim mieszkać, a niestety cała frajda z domami kończy się na etapie budowy. mieszkanie to już zło konieczne: gotowanie, sprzątanie... blech

**** do brzegu: musimy znaleźć jakiś sensowny kawałek ziemi wew gminie


.... tymczasem na świecie dzieją się złe rzeczy, od których gul mi staje w gardle....


środa, 7 stycznia 2015

dla odmiany jestem kłębkiem frustracji


wyguglaliśmy chyba wszystko, co było do wyguglania, na temat pola elektromagnetycznego generowanego przez stacje radiolokacji. i kupa. wychodzi na to, że śliczna działeczka pod wymarzony domek leży w jednej trzeciej promienia obszaru ochronnego. nawet nie na jego granicy, czy w środku. nie bardzo możemy ustalić, czym to konkretnie grozi, a jakoś nie mamy ochoty sprawdzać empirycznie na własnej skórze.

po wstępnym rozeznaniu online pojechaliśmy zatem w teren szukać innych działeczek.

założenia mamy takie, że musi nam się działka zmieścić w budżecie. a po wtóre chcemy na niej postawić dom: parterowy, w miarę możliwości z niezbyt stromym dachem, najchętniej nowoczesny w bryle i kolorystyce (czyli prosty i szary), w jakimś spokojnym zakątku, raczej bliżej miasta niż dalej, bo dziecko rośnie i nie wywiozę go na prowincję, gdzie psy szczekają drugim końcem i dociera jeden autobus na dobę. chcemy szybko rozpocząć i skończyć budowę, więc działka musi być uzbrojona i z jakimś znośnym dojazdem. i tak dalej.

dodatkowo ma być z naszej strony Miasta, bo tu nie występują powodzie i podtopienia. oraz powinna mieć nieklaustrofobiczne sąsiedztwo - w subiektywnej ocenie A. - czyli odpadają nam wszystkie modne sypialnie, gdzie ludzie upychają majestatyczne domiszcza na sześciu czy ośmiu arach, a potem sąsiedzi mogą sobie z balkonów gazety podawać, tak mają blisko jeden do drugiego...

okazało się jednak, że właścicieli działek pod Miastem, a nawet w sporym od niego oddaleniu kryzys nie bardzo zmiękczył i nasz budżet na nikim by tu nie zrobił wrażenia. po drugie szaleni urbaniści wymyślili sobie, że wszędzie po naszej stronie miasta dachy muszą mieć minimum 35 stopni spadku, w dodatku być pokryte dachówką lub zamiennikiem w kolorze ceglastym. ceglastym! sprawdziłam w słowniku, jak bardzo to określenie da się naciągnąć. nie bardzo, jako że oznacza pomarańczowoczerwony. okazjonalnie wprowadzają jeszcze inne fajne zapisy typu "kalenica równolegle do frontu", które już ostatecznie burzą moją wizję nowego domu.

wytypowaliśmy wstępnie dwie działki. na obu będziemy zmuszeni iść na tyle kompromisów, że autentycznie miałam wczoraj wieczorem ochotę trzepnąć sobą w kąt z krzykiem, że ja się stąd nie wyprowadzam i trudno - będę latać po tych schodach do późnej starości i w ogóle...



już nawet nie będę się rozwodzić, jak mnie wkurza stary-nowy bank, który wraz ze zmianą starego logo na nowe zwolnił chyba wszystkich kompetentnych pracowników, a pozostałym z prezesami włącznie wsypał coś do kawy, w związku z czym klient "o statusie złotym" nie może się od dwóch tygodni spotkać ze swoim "doradcą", ponieważ go - ha ha ha! - nie ma!








sobota, 3 stycznia 2015

rok owcy


jak informuje radio, owce są kreatywne, realistyczne i pesymistyczne. natomiast ja jestem koziorożec: kreatywna, realistyczna i konsekwentna. a także chwilowo hamująca optymizm, żeby potem nie było, że się witałam z gąską, a gąska dała drapaka. wiem, wiem, nic z tego nie można zrozumieć, ale boję się napisać jaśniej, żeby nie zapeszyć szczęścia....


na gwiazdkę dostałam zegarek, bo się kochanie będziesz musiała w tym roku nieźle organizować, to żeby ci było łatwiej ogarnąć oraz groźbę wymiany mojej starej komórki na smartfona, bo przecież będziesz dużo dzwonić, a poza tym ona już nie przeżyje kolejnego upadku na beton. no i potrzebuję lepszego fotoaparatu, żeby sobie dokumentować wyczyny, których mam nadzieję dokonać.


Wszechświecie, ja cię proszę, bez głupich numerów, bo ja tak nie lubię rozczarowań... normalnie tak samo jak czekania. więc zaserwowanie mi rozczarowania po miesięcznym oczekiwaniu byłoby okrutną torturą. a ty przecież taki nie jesteś. tak ci dobrze z oczu patrzy...


z pamiętnikarskiego obowiązku: święta minęły cudnie i spokojnie. w wigilię świętowaliśmy w trójkę fakt, że jesteśmy w trójkę. (jakie trzeba było cyrki odczyniać, żeby w tak nielicznym składzie Juniora zamotać i niepostrzeżenie podrzucić prezenty pod choinkę! w przyszłym roku to się już raczej nie uda). pierwszy dzień świąt spędziliśmy z Juniorem na bardzo gościnnych występach. w drugi dzień świąt zjechały się nam goście i urządziliśmy Juniorowi przyspieszone urodziny. następnego dnia Junior wpadł w depresję z nadmiaru uciech i prezentów....

a ja straciłam kolejny kilogram! i już się bez problemu mieszczę w 38, a nawet w niektóre 36! ha! :)