sobota, 18 października 2014

co ty wiesz o wychowywaniu dziecka, Niccolo


wkręciłam Juniora, żeby mnie uczył niemieckiego. co tak będzie bez sensu i zapału te lekcje odrabiał, niech matkę pouczy. pół dnia mi robił testy, ćwiczenia i sprawdziany. same zadania w autorskim opracowaniu. masę materiału leksykalno-gramatycznego "przyswoiłam" i "powtórzyłam". mój profesor jest pełen zapału, szalenie mu się podoba, że mi  piętrzy trudności, sprawdza postępy i wystawia oceny. i w ogóle nie zauważył, ile sam się przy tym napracował.

gdyby Machiavelli zamiast Księcia chciał napisać Rodzica, to bym mu mogła podrzucić pomysł na rozdział albo dwa ;)


piątek, 17 października 2014

nie mogę jeść, więc piję


dramatycznie brzmi, wiem, ale opisuje sytuację banalną. chudnę. trochę schudłam i jeszcze trochę bym chciała. ale coś za dużo o tym myślę, więc cały czas chce mi się jeść. wielce kontrproduktywnie (jest takie słowo? jak nie ma, to trzeba zrobić). i otóż aby nie jeść: piję. herbatę czarną. wodę. potem kawę. potem zieloną. wodę. jakieś zioła. potem inkę. i znowu inkę. i herbatę owocową. kawę...

przy takich ilościach płynów, powinnam być totalnie nawilżona (jakkolwiek dwuznacznie to brzmi). ale widać mam jakieś problemy z przyswajaniem wilgoci, bo potrzebuję kremu do pięt. tak, to już ten moment, potem przyjdą kremy na hemoroidy i równia pochyła. ale póki co pięty. no więc zgubiłam krem do pięt. bo pomyślałam, co tak będzie leżał na widoku przy łóżku. i go schowałam, żeby się nie rzucał w oczy, ale był pod ręką. i przepadł. gdzieś w trójkącie bermudzkim: sypialnia - garderoba - łazienka. szukam i szukam i nie znajduję. czyli przepadł na amen. bo wiadomo, że w tym domu tylko ja znajduję, a wszyscy inni gubią. i nie ma szans na zamianę ról. wszyscy inni owszem czasami szukają, ale z reguły kończą zwrotem do wyższej instancji, która będąc wyposażoną w tajemniczy macicowy gps bierze i znajduje. ale nie tym razem. krem do pięt wziął i przepadł. a taki dobry był. amerykancki*. wzdech.

[dziś hormonalno-humoralny indeks poszedł w górę, prawdopodobnie dlatego że wreszcie mogłam się wyspać, a redaktor Wojtek, posiłkując się crowdsourcingiem, znalazł rym do "księżyc": Księżyc! powiedział wąż do dwóch wężyc.]

*tak naprawdę był polski. amerykancki leży na miejscu, ale jest mniej dobry.





czwartek, 16 października 2014

się nie mogę otrząsnąć


byłam wczoraj w "naszym starym domku". bo coś tam. nieważne.
wjeżdżam na "naszą" cichą, malowniczą uliczkę między skwerkiem a stawem i co widzą moje piękne oczy? na wprost"naszego starego domku" - dokładnie między "naszym starym podwóreczkiem" a stawem, gdzieśmy onegdaj sadzili bzy i orzechy włoskie - stoi ... no nie mogę, przez gardło mi nie przejdzie... dobra... przepompownia ścieków.

nie wiem, czy się bardziej załamałam, że jakieś uwstecznione dziady tak zrujnowały piękno tego zakątka, czy bardzie mi ulżyło, że wyprowadziliśmy się i sprzedaliśmy Gawrę, zanim uwstecznione dziady - pardąsik, władze gminne - zaczęły budować kanalizację.
tuż przed finalną umową sprzedaży dostałam pismo o możliwości zapoznania się z projektem i wniesienia zastrzeżeń. kładłam nowym właścicielom do głowy, że muszą sobie tego dopilnować. tłumaczyłam, jakie to ważne.  i co się okazuje? przemiłe, poczciwe mieszczuchy nie miały czasu, żeby się zainteresować, jak ten projekt wygląda i ocknęły się dopiero, jak im zaczęli infrastrukturę stawiać parę metrów od kuchennego okna.

koszmar koszmar koszmar koszmar koszmar ogrodzony trzymetrowym płotem.





środa, 15 października 2014

jesienna melancholia


tylko patrzeć, jak się zacznie. ale mam już przygotowany zapas bodymaksa oraz lampę do fototerapii i nie dam się wziąć z zaskoczenia. na razie na podtrzymanie stanu manii wystarcza filozoficzna mądrość Mistrza, komentującego przemijanie tak trafnie, że zdjęłabym czapkę z głowy, gdyby nie to, że jesień jeszcze zbyt ciepła, by czapkę z szafy wyjąć*

a little more every day falls apart and slips away
i don't mind i'm ok
nothing ever stays the same :)



* nie mam czapki w szafie! nie wiem, jak doszło do tego przeoczenia, ale sezon coraz bliżej, a ja nie mam czapki.


p.s. tak patrzę i nie rozumiem, w jakiej ja jestem strefie czasowej na tym blogasku. niby teraz takie wszystko nowoczesne i wyręczające, a jednak bezrozumne.



czwartek, 2 października 2014

jak rozstąpiłam fale


mieliśmy remont drogi, takiej wąziutkiej, ślepej, która prowadzi z wiejskiej przelotówki do naszego domku. rozłożony na mnóstwo drobnych etapów: jedna firma równała starą nawierzchnię i pobocza, druga podnosiła studzienki kanalizacyjne, trzecia lała asfalt, znowu pierwsza robiła nowe pobocza.

i akurat się za te pobocza zabrali wczoraj po południu, gdy ruszyłam na jogę. zdążyli zrobić z 10 metrów od wiejskiej przelotówki, gdy nadjechałam z naprzeciwka. w robieniu tego pobocza uczestniczyła ciężarówka typu wywrotka sypiąca kruszywo na łyżkę jadącej za nią ładowarki z taką specjalną przystawką z boczku. z tej przystawki kruszywo spadało sobie elegancko na pobocze, chociaż obie maszyny stały na jezdni. na dokładnie całej jezdni: od jednego płotu do drugiego.

stanęłam i spojrzałam w oczy kierowcy wywrotki. głęboko i wyczekująco. wzruszył ramionami i gestem kazał mi zawrócić. kazał. mi. zawrócić.

jeszcze dziesięć lat temu to bym łykając łzy i pocąc się ze stresu jakoś dojechała tyłem do swojego podjazdu i oczywiście zrezygnowała z jogi. ale.

wyłączyłam silnik, trzasnęłam z fantazją* drzwiami i poszłam sobie zrobić przejazd. potrzebowałam dwóch minut, żeby z "nie da się, musi pani poczekać z godzinkę, aż dojedziemy do końca" zrobić "proszę jechać". nie oparł mi się kierowca wywrotki, operator ładowarki, pomocnik od niczego, brygadzista ani nawet radny nadzorujący roboty z ramienia władz gminy.

po czym z fantazją trzasnęłam drzwiami, odpaliłam silnik i pojechałam sobie na jogę, posyłając panom promienne uśmiechy, bo w końcu postawieni pod ścianą okazali się uczynni i ugodowi ;)


*w tym miejscu powinnam płynnym ruchem wyłączyć radiowy odtwarzacz, ale uznałam, że burn będzie stanowić doskonałe tło dla dalszego rozwoju wydarzeń.





wtorek, 30 września 2014

o kreatywności i odwadze


sprzedajemy tę naszą posiadłość, to jest szukamy klienta, czyli zamieszczamy ogłoszenia. więc przy okazji przeglądamy oferty niejako "konkurencyjne" (chociaż nasz dom jest bezkonkurencyjny). i trudno nie zauważyć, że pośrednicy nieruchomości mają naprawdę ciężki kawałek chleba, bo większość sprzedawanych domów pozostawia bardzo wiele do życzenia, a przecież nie mogą w ogłoszeniu uczciwie napisać "przedmiotem oferty jest dom, który pozostawia wiele do życzenia...".

więc wzbijają się na wyżyny językowej kreatywności. początkujący przeglądacz może się nawet nabrać, ale wnikliwy umysł szybko odkryje, że te kreatywne opisy są robione według klucza. i tak, jeśli piszą: "dom z klimatem", to znaczy, że mamy do czynienia z zawilgoconą ruderą z pleśnią na ścianach. "dom z duszą" oznacza, że dom jest tak stary, iż prawdopodobnie błąkają się po nim dziesiątki potępionych dusz poprzednich właścicieli (potępionych za to, jak ten dom zapuścili). ale najlepszy jest "dom dla konesera", który nieodzownie anonsuje koszmar architektury stylizowany na zamek Gargamela, z nieprzewidywalnie połamanymi połaciami dachu, okazjonalną wieżyczką oraz/lub kolumną tu i ówdzie, zaprojektowany oraz/lub wybudowany przez kogoś, kto w pogardzie miał zasadę złotego podziału, symetrię, ergonomię* itp. oraz wyznawał bardzo subiektywne poglądy na temat piękna. albo po prostu miał wielkie ambicje i za grosz poczucia estetyki.

oprócz tej kreatywności rzuca się jeszcze w oczy odwaga sprzedających. po pierwsze jest to odwaga kolorystyczna. ....no nie, nie umiem tego opisać... tego szalonego nasycenia kolorów, burzących kwasy żołądkowe zestawień ciemnego brązu z różem, błękitu z pomarańczem itd. wnętrzarsko panuje skromny (czytaj: tani) eklektyzm, a z elementów dekoracyjnych szczególnie ujęło nas zestawienie krucyfiksu, obrazka, kalendarza i włączonego telewizora w jednym ciągu: pan jezus, pan papież, pan drugi papież i pan deląg.

ale bezsprzecznie największą odwagą popisują się rodacy przy ujawnianiu swojej prywatności rozumianej jako ogólny bałagan utrwalany na publikowanych w sieci zdjęciach. pranie na sznurkach, jakieś szmaty (ręczniki? szlafroki) rzucone gdzie bądź i całe baterie kosmetyków w łazienkach, kuchenne kredensy i blaty zastawione garami, utensyliami kulinarnymi i szerokim asortymentem drobnego AGD, kocie kuwety po kątach, jakaś rozwalona elektronika na schodach i pod biurkiem, kalosze pod progiem, plastikowy złom stanowiący pozostałości zabawek w tak zwanym ogródku, na stoliku niedopita herbata, okulary i gazeta z programem... ciekawe, czy to z braku świadomości, że na zdjęciach widać wszystko czy z lenistwa?

* szczególnie lubię potykacze, czyli schodki pośrodku salonu albo między salonem a kuchnią/jadalnią. i kuchnie oddzielone od jadalni/salonu kilometrowymi korytarzami - rozumiem, że służba gotuje i państwu posiłki donosi do stołu, a smród spalonego oleju oraz szczeciny prosiąt opiekanych na rożnie nie ma się snuć po pokojach...


poniedziałek, 29 września 2014

bardzo frustrujące


dom sprzedajemy. to jest chcemy sprzedać. to jest klienta szukamy.

i to jest takie frustrujące... towar jest z wyższej półki i cena adekwatna do jakości. wydawać by się mogło, że w tym segmencie rynku PT klienci to ludzie poważni. z jakimś stażem doświadczeń życiowych, zdolnością kredytową i ogólnie do rzeczy.

przygotowanie dużego domu do pokazania poważnym klientom, to nie jest kwestia starcia okruszków z ceraty. widział ktoś w salonie samochodowym auto z brudnymi szybami, kurzem na desce rozdzielczej i plamami na tapicerce? (nie mówię o komisie). no więc przygotowanie dużego domu z ogrodem do pokazania poważnym klientom wymaga ok. półtora dnia pracy dwóch dorosłych i dobrze zorganizowanych osób. od skoszenia trawnika i umycia dwóch arów okien po wstawienie do wazonu świeżych goździków.

więc to jest bardzo frustrujące, kiedy dopinamy wszystko na ostatni guzik, a tzw. poważny klient, który telefonicznie zadeklarował wielkie zainteresowanie oraz zachwyt urodą nieruchomości i ogólnie wyliczył komplet swoich priorytetów odpowiadających jota w jotę charakterystyce lokalizacji, rozwiązań technologicznych i naszych gustów wnętrzarskich... nagle w ostatniej chwili przysyła esemeska, że sorki, ale cośmutamwypadłoizadzwonimożepóźniej.